Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty we współpracy z Netflixem po raz kolejny uruchamia program „Scenarzystki na horyzoncie”. Organizatorzy mówią o „wyrównywaniu szans”, „nowych głosach” i „potrzebie zmiany statystyk”. Brzmi szlachetnie - do momentu, w którym okazuje się, że dostęp do programu mają wyłącznie kobiety. Mężczyźni, niezależnie od talentu, dorobku czy sytuacji zawodowej, zostali z góry wykluczeni.
I to wykluczenie nie jest przypadkiem ani efektem ubocznym. Jest jasno zapisanym warunkiem uczestnictwa.
Program otwarty jest dla „wszystkich kobiet”, które chcą pisać scenariusze pełnometrażowych filmów fabularnych. Nie dla „debiutantów”. Nie dla „początkujących twórców”. Nie dla „osób bez debiutu”. Wyłącznie dla kobiet. Netflix i Nowe Horyzonty nie tylko nie widzą w tym problemu – otwarcie chwalą się takim podejściem jako sukcesem i „strategicznym partnerstwem”.
Równość tylko w jedną stronę
Narracja jest dobrze znana: kobiety mają trudniej, więc należy im stworzyć osobny program. Problem polega na tym, że branża filmowa w Polsce od lat boryka się z problemami systemowymi, które dotykają wszystkich początkujących twórców, niezależnie od płci. Brak dostępu do producentów, hermetyczne środowisko, układy, chroniczne niedofinansowanie i arbitralność decyzji grantowych – to nie są bariery wyłącznie kobiece.
Mimo to Netflix i MFF Nowe Horyzonty uznali, że najlepszą odpowiedzią na te problemy jest program, który z definicji wyklucza połowę potencjalnych uczestników. Mężczyzna bez debiutu, bez zaplecza, z dobrym pomysłem i motywacją? Niech szuka szczęścia gdzie indziej. System wsparcia nie jest dla niego.
To nie jest „wyrównywanie szans”. To selekcja oparta na płci.
Dyskryminacja w wersji premium
Szczególnie uderzające jest to, że program jest finansowany i promowany przez globalnego giganta, który w innych kontekstach bardzo chętnie mówi o inkluzywności i różnorodności. Tymczasem tutaj różnorodność została sprowadzona do jednego kryterium – biologicznego.
Co więcej, mówimy o programie bezpłatnym, oferującym dostęp do topowych nazwisk branży, konsultacje, networking, realną ścieżkę wejścia na rynek. To konkretna przewaga zawodowa. Odebranie jej jednej grupie tylko dlatego, że nie spełnia kryterium płci, w każdym innym sektorze byłoby nazwane wprost: dyskryminacją.
Wyobraźmy sobie analogiczny program nazwany „Scenarzyści na horyzoncie”, dostępny wyłącznie dla mężczyzn. Trudno uwierzyć, by przeszedł bez medialnej burzy, protestów i oskarżeń o seksizm. W tym przypadku jednak wykluczenie jest nie tylko akceptowane, ale wręcz celebrowane.
Talent nie ma płci
Najbardziej problematyczne jest to, że cała inicjatywa opiera się na założeniu, iż płeć twórcy jest ważniejsza niż jakość historii. Tymczasem dobre kino nie wynika z metryki ani deklaracji, tylko z warsztatu, wrażliwości i pracy.
Jeśli rzeczywistym celem byłoby wspieranie nowych głosów, logicznym rozwiązaniem byłby program otwarty dla wszystkich debiutantów, z jasnymi kryteriami merytorycznymi i – jeśli już – dodatkowymi punktami czy mechanizmami wsparcia dla grup niedoreprezentowanych. Zamiast tego wybrano najprostsze, najbardziej ideologiczne i jednocześnie najbardziej wykluczające rozwiązanie.
Normalizacja wykluczenia
„Scenarzystki na horyzoncie” to nie tylko pojedynczy program. To kolejny przykład normalizacji myślenia, w którym dyskryminacja jest akceptowalna, o ile dotyczy „właściwej” grupy. W imię słusznej narracji można pominąć niewygodne pytania o równość, sprawiedliwość i konsekwencje takich decyzji.
Netflix i Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty pokazują w ten sposób, że walka o równość w ich wydaniu nie polega na otwieraniu drzwi – lecz na decydowaniu, komu wolno przez nie przejść.
A to z ideą równości ma niewiele wspólnego.

Komentarze (0)