W teorii miał to być rutynowy patrol drogówki. W praktyce - początek koszmaru, który na wiele tygodni wywrócił życie młodego człowieka do góry nogami. Fałszywie dodatni wynik policyjnego narkotestu, medialny rozgłos i społeczny ostracyzm okazały się silniejsze niż późniejsze, prawdziwe wyniki badań krwi. Bo gdy prawda w końcu wyszła na jaw, szkody były już nieodwracalne.
Zatrzymanie, które zmieniło wszystko
20-letni mieszkaniec Żędowic jechał do kwiaciarni po bukiet na rodzinną uroczystość. Zatrzymano go za przekroczenie prędkości – zaledwie o 11 km/h. Jak sam relacjonuje, spodziewał się pouczenia albo mandatu. Zamiast tego usłyszał, że policjanci wykonają mu test na obecność narkotyków.
Pomoże pan w statystykach
– mieli powiedzieć funkcjonariusze.
Dla młodego kierowcy była to pierwsza kontrola w życiu. Nie miał nic do ukrycia. Wsiadł do radiowozu. Tam wykonano przesiewowy test ze śliny. Urządzenie wskazało obecność THC.
Od tego momentu sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Kajdanki, śmiech i publiczne upokorzenie
Policjanci zaczęli się śmiać, że wyszła mi marihuana. Przeszukali mnie i samochód, a potem zakuli w kajdanki. Dwa razy pytałem, czy mogę zobaczyć wynik testu. Udawali, że nie słyszą.
– opowiada 20-latek.
Zakuty w kajdanki został przewieziony do szpitala na pobranie krwi. Był środek dnia, pełno ludzi, znajomi rodziny. W małej miejscowości nie da się takich scen ukryć.
To był straszny wstyd. Skuli mnie z tyłu, nie mogłem się nawet wyprostować. Czułem się jak przestępca, choć nic nie zrobiłem.
Ojciec, wezwany na miejsce, również nie zobaczył wyniku testu. Zabrał samochód, przekonany, że syn coś ukrywa. W jednej chwili młody człowiek stracił zaufanie najbliższych i dobre imię wśród sąsiadów.
Wyrok zapadł, zanim przyszły wyniki
Prawo jazdy zostało zatrzymane. Policja wszczęła dochodzenie w sprawie prowadzenia pojazdu „pod wpływem środków odurzających”. Na stronie internetowej i w mediach społecznościowych komendy w Strzelcach Opolskich pojawił się komunikat o zatrzymaniu młodego kierowcy. Media lokalne szybko go podchwyciły.
Nie podano nazwiska, ale wiek, marka auta i miejsce zatrzymania wystarczyły, by cała okolica wiedziała, o kogo chodzi. W publikacjach informowano, że „grozi mu do trzech lat więzienia”, a nawet że „przyznał się do zażycia marihuany”.
Jak później potwierdziła prokuratura – nigdy nie był przesłuchiwany i do niczego się nie przyznał.
Sześć tygodni w zawieszeniu
Na wynik badania krwi czekał sześć tygodni. W tym czasie jego życie stanęło w miejscu. Bez prawa jazdy nie mógł dojeżdżać do szkoły ani do pracy. Stracił możliwość zarobku, plany na ferie legły w gruzach. Był przed maturą.
Wpadłem w dół psychiczny. Nie wychodziłem z domu. Przyszłość widziałem w czarnych barwach. To cud, że zdałem maturę.
Prawda przyszła za późno
Po półтора miesiąca sprawa została umorzona. W organizmie 20-latka nie stwierdzono THC. Jak zapisano w postanowieniu: „brak ustawowych znamion czynu zabronionego”.
Z ustaleń biegłego toksykologa wynikało, że wykryta substancja nie jest zakazana ustawą o przeciwdziałaniu narkomanii. Jaka to była substancja? Tego młody mężczyzna do dziś nie wie.
Dwa dni po umorzeniu odzyskał prawo jazdy. Policja i media nie opublikowały jednak sprostowań z takim samym zasięgiem, z jakim informowały o jego rzekomej winie.
Dokumenty? Niedostępne
Gdy 20-latek postanowił walczyć o swoje dobre imię i zapowiedział kroki prawne, zwrócił się do prokuratury o wgląd w akta sprawy. Otrzymał odmowę – uznano, że „nie jest stroną” i nie ma interesu prawnego.
Do dziś nie znam wyników badań krwi. Nie wiem, co dokładnie wykazał test policyjny i dlaczego był fałszywie dodatni. Mam wrażenie, że ktoś nie chce, żebym to wiedział – mówi.
System, który nie ponosi odpowiedzialności
Ta historia pokazuje brutalną asymetrię: fałszywy test wystarczył, by publicznie napiętnować człowieka, ale prawdziwy wynik nie wystarczył, by naprawić wyrządzone szkody. Życie młodego kierowcy rozsypało się nie z powodu przestępstwa, lecz procedur, pośpiechu i medialnej narracji opartej na domniemaniu winy.
Dziś domaga się już tylko jednego – usunięcia nieprawdziwych informacji na swój temat i przywrócenia dobrego imienia.
Bo choć państwo przyznało mu rację po sześciu tygodniach, nikt nie odda mu straconego czasu, zdrowia psychicznego i reputacji.

Komentarze (0)