23.01.2026

Handel pamięcią. List z Auschwitz za 250 dolarów i mroczny rynek wojennych pamiątek

Rafał Dobrzyński
Rafał Dobrzyński
Newsy
Udostępnij:
facebook twitter
Skomentuj

List wysłany z Auschwitz, zapisany ręką więźnia, wyceniony na 250 dolarów. Zdjęcia martwych ludzi z gett, opatrzone opisami podkreślającymi ich żydowskie pochodzenie. Pieczątki SS traktowane jak kolekcjonerskie trofea. To nie fragment archiwum ani wystawy muzealnej, lecz realne oferty pojawiające się na popularnych platformach aukcyjnych. Niemiecka telewizja publiczna ARD alarmuje: handel pamiątkami po ofiarach nazistowskich zbrodni przybiera niepokojące rozmiary.

Wojenne świadectwa jak towar

Internetowy obrót dokumentami i zdjęciami z czasów II wojny światowej nie jest zjawiskiem nowym. Nowa jest jednak jego skala i charakter. Coraz częściej na aukcjach pojawiają się nie tylko militaria czy neutralne archiwalia, lecz osobiste świadectwa cierpienia: listy pisane przez więźniów obozów koncentracyjnych, kartki pocztowe wysyłane pod nadzorem SS, fotografie przedstawiające ofiary w skrajnie upokarzających, a nierzadko drastycznych sytuacjach.

Jens-Christian Wagner, dyrektor muzeum w byłym obozie koncentracyjnym Buchenwald, nie kryje oburzenia. Wskazuje, że część sprzedawców celowo eksponuje w opisach słowo „Żyd”, by przyciągnąć „specyficzną publiczność”. Jego zdaniem mamy do czynienia nie tylko z bezdusznym handlem, ale z niebezpiecznym balansowaniem na granicy fetyszyzacji nazistowskich zbrodni.

Komercyjni handlarze i cienka granica prawa

Dziennikarze ARD zwrócili uwagę na działalność profesjonalnych sprzedawców, którzy uczynili z wojennych pamiątek dochodowy biznes. Jednym z przykładów jest firma House of History z Dolnej Saksonii, prowadząca sprzedaż zdjęć, dokumentów i przedmiotów z okresu III Rzeszy. W ofercie pojawiają się również materiały z symbolami sprzecznymi z niemiecką konstytucją oraz publikacje o charakterze antysemickim.

Po nagłośnieniu sprawy prokuratura w Lüneburgu wszczęła postępowanie sprawdzające. To jednak tylko jedna z wielu interwencji, które – jak przyznają historycy – nie nadążają za dynamiką rynku internetowego.

„Dreszczyk emocji” zamiast refleksji

Szczególnie niepokojący jest popyt na korespondencję obozową. Listy i kartki z Dachau, Buchenwaldu czy Auschwitz osiągają ceny sięgające tysięcy euro. Wagner zauważa, że część kupujących poszukuje „dreszczyku emocji”, kontaktu z „autentycznym” śladem historii. Nie można jednak wykluczyć, że wśród nich są również osoby sympatyzujące z ideologią sprawców.

Granica między zainteresowaniem historią a moralnie wątpliwą konsumpcją cudzej tragedii staje się coraz bardziej rozmyta.

„To profanacja pamięci”

Symbolicznym przykładem tej patologii jest kartka pocztowa Henryka Wróblewskiego, polskiego więźnia Auschwitz, wystawiona na sprzedaż przez handlarza ze Stanów Zjednoczonych. Cena: 250 dolarów. Rodzina zmarłego w 2011 roku byłego więźnia dowiedziała się o tym z mediów.

To absolutny skandal. Takie pamiątki powinny wrócić do rodzin albo trafić do muzeów, a nie być przedmiotem internetowej aukcji. Sprzedaż to profanacja pamięci ofiar

– mówi jego wnuczka, Katarzyna Wróblewska-Małek.

Rodzina nie wie, w jaki sposób kartka opuściła jej prywatne archiwum.

Zakazy, które nie działają

Platformy aukcyjne, w tym eBay, deklarują, że handel przedmiotami należącymi do ofiar Holokaustu oraz zdjęciami ukazującymi ludzi w upokarzających sytuacjach jest zakazany. Problem w tym, że regulaminy często przegrywają z anonimowością internetu, międzynarodowym obrotem i opóźnioną reakcją moderatorów.

Sprawa nie dotyczy wyłącznie prawa, lecz odpowiedzialności. Pytanie nie brzmi, czy wolno sprzedawać takie przedmioty, ale czy w ogóle powinniśmy traktować je jak towar. Bo gdy list z Auschwitz staje się kolekcjonerskim rarytasem, pamięć o ofiarach zostaje sprowadzona do ceny wywoławczej.

Komentarze (0)