Od sierpnia Ryanair oficjalnie zmienił zasady dotyczące bagażu podręcznego. I choć irlandzki przewoźnik raczej nie słynie z ustępliwości wobec pasażerów, tym razem nie miał wyjścia. Unijne przepisy zmusiły go do zaktualizowania rozmiarów do nowego minimum. Co ciekawe – to minimum okazało się... większe niż dotychczasowe "maksimum" Ryanaira.
5 centymetrów, które robią różnicę
Do tej pory, jeśli podróżowałeś Ryanairem z torbą większą niż 40x25x20 cm, mogłeś spodziewać się niemiłej niespodzianki przy bramce: albo szybka dopłata 70 euro, albo twoja walizka lądowała w luku. Od teraz standardem jest wymiar 40x30x15 cm – brzmi niewinnie, ale w praktyce to cztery litry dodatkowej pojemności. Tyle wystarczy, żeby zmieścić laptopa, dodatkowy sweter albo kilka książek, które wcześniej nie mieściły się nawet w regulaminie.
Koniec absurdalnych dopłat?
Zmiana nie jest przypadkowa. Bruksela od dawna przyglądała się tanim liniom lotniczym, które zaczęły zarabiać więcej na nadprogramowym bagażu niż na samych biletach. Zdarzały się sytuacje, w których nawet 80% pasażerów na pokładzie musiało dopłacać, bo ich torba nie mieściła się do plastikowego miernika. A że jeden centymetr robił różnicę – wielu czuło się po prostu naciąganych.
Teraz Ryanair musi wymienić swoje „mierniki” na wszystkich lotniskach, z których korzysta – a to ponad 250 lokalizacji. Koszty? Kilka milionów euro. Ale najwyraźniej to mniejsze zło niż kolejne kary, bo niedawno hiszpańskie władze uderzyły w tanich przewoźników grzywnami sięgającymi łącznie 179 milionów euro – właśnie za nieuczciwe opłaty za bagaż.
Unia chce więcej. Ryanair się buntuje
I choć sierpniowa zmiana to już fakt, Parlament Europejski chce pójść o krok dalej. Plan? Każdy pasażer miałby prawo wnieść nie tylko jedną małą torbę, ale i mały bagaż podręczny o wymiarach do 100 cm i 7 kg, również bez opłat. Taki zestaw wystarczyłby na weekendowy wypad – bez kombinowania i pakowania w kieszenie.
Michael O’Leary, szef Ryanaira, nie przebiera w słowach: – To idiotyczna propozycja. Tylko podniesie ceny i zmniejszy liczbę połączeń – grzmi. I nie bez powodu. Dla tanich linii darmowy bagaż to nie „uprzejmość”, a realna strata dochodu.
Nowe zasady, stare problemy?
Póki co – zmiana na plus. Większy bagaż, mniej stresu, mniejsze ryzyko dopłat. Ale wojna o torby jeszcze się nie skończyła. UE chce standardów, linie lotnicze chcą zysków, a pasażerowie – świętego spokoju. Kto wygra? Przekonamy się zapewne już niebawem, bo temat wraca w unijnych kuluarach z coraz większą siłą.

Komentarze (0)