Wypowiedź Włodzimierza Czarzastego w programie „Kwadrans Polityczny” na antenie TVP wywołała oburzenie daleko wykraczające poza bieżący spór polityczny. Przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej, mówiąc o żołnierzach wyklętych, użył określeń takich jak „świnie”, „gwałciciele”, „bandyci” i „mordercy”, uderzając w jedną z najbardziej dramatycznych kart polskiej historii powojennej.
Padły słowa, które dla wielu Polaków są nie tylko kontrowersyjne, ale wręcz obraźliwe wobec ludzi, którzy po 1945 roku nie pogodzili się z narzuconą siłą władzą komunistyczną i zapłacili za to najwyższą cenę.
Uogólnienie zamiast odpowiedzialności
Czarzasty przyznał co prawda, że wśród żołnierzy wyklętych byli ludzie „walczący o idee”, jednak niemal natychmiast przykrył to stwierdzenie lawiną oskarżeń, wrzucając całe podziemie antykomunistyczne do jednego worka z pospolitymi przestępcami. Taka narracja – oparta na skrajnych uogólnieniach – nie jest rzetelną oceną historii, lecz publicystycznym młotem wymierzonym w pamięć zbiorową.
Historia powojennego podziemia była skomplikowana, pełna dramatów, błędów i tragicznych wyborów. Ale redukowanie dziesiątek tysięcy ludzi do obrazu „bandytów i świń” to język rodem z najciemniejszych lat propagandy komunistycznej, a nie odpowiedzialnej debaty historycznej.
Powrót narracji z czasów stalinowskich
Nieprzypadkowo senator PiS Jan Żaryn nazwał te zarzuty „pomówieniami z czasów komunistycznych”. Dokładnie takiego języka używała propaganda stalinowska, by usprawiedliwiać egzekucje, tortury i więzienia wobec żołnierzy AK, NSZ czy WiN. To wtedy bohaterów nazywano „bandytami”, a opór wobec władzy – „faszyzmem”.
Dziś, ponad 30 lat po upadku komunizmu, powrót do tej retoryki z ust lidera lewicowej formacji budzi pytanie: czy naprawdę niczego się nie nauczyliśmy?
Brygada Świętokrzyska i manipulacja faktami
Szczególne emocje wywołały słowa Czarzastego o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ. Oskarżenie o „współpracę z Gestapo” to jedno z najcięższych oskarżeń, jakie można rzucić w polskim dyskursie historycznym. Tymczasem fakty – przypomniane przez Żaryna – są znacznie bardziej złożone: brygada, zagrożona rozbrojeniem przez Sowietów, przebiła się na Zachód i zakończyła swój szlak bojowy wyzwoleniem obozu koncentracyjnego w Holiszowie. To wydarzenie do dziś jest pamiętane w Czechach.
Pomijanie tych faktów i operowanie uproszczonymi tezami to nie krytyczna analiza historii, lecz świadoma manipulacja.
Pamięć nie jest własnością jednej partii
Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych nie został ustanowiony po to, by bezkrytycznie gloryfikować każdą powojenną akcję zbrojną. Jego celem jest oddanie hołdu tym, którzy zostali zamordowani w więzieniach UB, skazani w pokazowych procesach i wymazani z historii na dziesięciolecia.
1 marca przypomina o egzekucji przywódców WiN w mokotowskim więzieniu – ludziach, których jedyną „winą” było to, że nie zgodzili się na sowiecką dominację. Uderzanie w ten symbol w imię politycznej prowokacji jest ciosem w fundamenty wspólnej pamięci narodowej.
Granice debaty zostały przekroczone
Można – i trzeba – rozmawiać o trudnych epizodach powojennego podziemia. Można badać zbrodnie, wskazywać konkretne przypadki i osoby, nazywać winy po imieniu. Ale jest zasadnicza różnica między odpowiedzialnością jednostek a zbiorowym potępieniem całego ruchu.
Wypowiedź Włodzimierza Czarzastego tę granicę przekroczyła. Zamiast refleksji nad historią dostaliśmy brutalny, emocjonalny atak, który bardziej dzieli niż wyjaśnia. I który – co najbardziej niepokojące – brzmi jak echo narracji, którą Polska powinna była już dawno zostawić za sobą.

Komentarze (0)