Nowe rozporządzenie Trumpa miało ograniczyć biurokrację wokół AI. Zwolennicy regulacji twierdzą jednak, że to ich długoterminowe zwycięstwo.
Biały Dom podpisał rozporządzenie, które oficjalnie miało uprościć zasady działania branży sztucznej inteligencji. Paradoks polega na tym, że nawet krytycy administracji Trumpa przyznają, iż ten ruch mógł właśnie otworzyć furtkę do najszerzej zakrojonego nadzoru nad AI w całej historii Stanów Zjednoczonych.
Jak podaje POLITICO, wtorkowe rozporządzenie zostało podpisane niemal bez rozgłosu, po tygodniach sprzecznych sygnałów płynących z Waszyngtonu. Na pierwszy rzut oka dokument wpisuje się w narrację administracji Trumpa: mniej biurokracji, więcej innowacji, wygrać wyścig z Chinami o dominację w dziedzinie AI. Tyle że osoby, które od lat domagają się zaostrzenia przepisów dotyczących sztucznej inteligencji, odczytują ten dokument zupełnie inaczej.
Dobrowolne dziś, obowiązkowe jutro?
Serce nowego rozporządzenia to trzydziestodniowy, dobrowolny proces weryfikacji modeli AI. Czołowe firmy technologiczne mają udostępniać rządowi swoje zaawansowane systemy w celu identyfikacji zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa. Brzmi niewinnie – w końcu nikt nikogo nie zmusza. Jednak według rozmówców POLITICO to właśnie ta dobrowolność może być jedynie pierwszym krokiem na drodze do kontroli obowiązkowych, federalnego zatwierdzania zaawansowanych modeli przed ich wdrożeniem oraz innych form twardej regulacji.
Przedstawiciele zróżnicowanego politycznie środowiska zwolenników nadzoru nad AI twierdzą, że rozporządzenie stanowi istotną zmianę w podejściu Waszyngtonu do tej kwestii. Według nich Biały Dom wzmocnił tym samym tak zwany ruch na rzecz bezpieczeństwa sztucznej inteligencji – i to niezależnie od swoich intencji.
„Słonia zjada się po kawałku”
Jednym z głosów, który trudno zignorować, jest Steve Bannon – skrajnie prawicowy były doradca Trumpa i zaskakujący, bo konserwatywny, zwolennik regulowania AI. W rozmowie z POLITICO ocenił rozporządzenie jako sukces konserwatywnych sceptyków wobec Doliny Krzemowej. Jak sam powiedział: „Po raz pierwszy mamy to zapisane na papierze. Powstała struktura i określony proces”. Jednocześnie nie ukrywał, że nowe przepisy są jeszcze nieprecyzyjne i nie spełniają jego oczekiwań. Dodał jednak filozoficznie, że „słonia zjada się po kawałku”.
Bannon przekonuje też, że nawet dobrowolny charakter kontroli modeli AI niesie realne konsekwencje dla firm technologicznych. Jeśli jakaś firma zdecyduje się pominąć weryfikację, a jej model okaże się wadliwy lub niebezpieczny, trudno będzie jej później tłumaczyć, że działała odpowiedzialnie. Jak stwierdził były doradca prezydenta – taka sytuacja „znacząco podniesie stawkę” dla całej branży.
Zaskakująca koalicja
Jeszcze ciekawsze jest to, kto w ogóle cieszy się z tego rozporządzenia. Brad Carson, były demokratyczny kongresmen i prezes organizacji Americans for Responsible Innovation – wspieranej przez część technologicznych miliarderów opowiadających się za regulacjami AI – ocenił, że Biały Dom „poszerzył granice tego, co dotąd wydawało się politycznie możliwe do wyobrażenia”. To nieczęsta sytuacja, gdy osoby tak różne jak Bannon i demokratyczny kongresmen cieszą się z tego samego prezydenckiego podpisu.
Jak zauważa POLITICO, szczególnie wymowny jest właśnie kontekst polityczny tej decyzji. Administracja, która głośno deklaruje chęć pokonania Chin w globalnym wyścigu technologicznym i likwidację biurokratycznych przeszkód hamujących innowacje, wydaje rozporządzenie, które jej ideologiczni przeciwnicy nazywają… swoim długoterminowym zwycięstwem.
Branża technologiczna w nowej rzeczywistości
Dla gigantów AI oznacza to wejście w nową, niepewną przestrzeń. Dobrowolność systemu weryfikacji brzmi jak ulga, ale jednocześnie tworzy precedens – a precedensy w prawie i polityce mają to do siebie, że bywają punktem wyjścia do czegoś o wiele bardziej wiążącego. Firmy, które wcześniej działały bez jakiejkolwiek formalnej oceny ze strony rządu, muszą teraz liczyć się z tym, że model bez przeglądu to model obarczony reputacyjnym ryzykiem.
Cały spór pokazuje, jak bardzo debata o sztucznej inteligencji wymknęła się tradycyjnym podziałom. Po jednej stronie stoją zwolennicy innowacji bez ograniczeń, po drugiej – niecodzienny sojusz demokratów, konserwatywnych sceptyków Doliny Krzemowej i organizacji wspieranych przez technologicznych miliarderów. A gdzieś pośrodku podpisane niemal po cichu rozporządzenie, które może – albo nie musi – zmienić wszystko.

Komentarze (0)