Czternaście dyrektorek szkół w wieku od 30 do 70 lat wpadło na „genialny” sposób na szybki zarobek – zaczęły tworzyć uczniów z powietrza. Na papierze ich placówki pękały w szwach od liczby słuchaczy, w rzeczywistości jednak wielu z nich nigdy nie istniało. W dokumentach pojawiali się zmarli, fikcyjne osoby, a nawet ludzie, którzy od lat mieszkali za granicą.
Dzięki temu procederowi szkoły otrzymywały ogromne dotacje z samorządów, które miały finansować edukację, a w praktyce trafiały do prywatnych kieszeni.
Śledczy ujawnili, że dyrektorki nie działały przypadkowo – tworzyły sieć współpracujących ze sobą szkół, które wzajemnie „wymieniały” uczniów, by ukryć fikcyjne dane. W dokumentach jedna osoba mogła widnieć jako uczeń kilku różnych placówek w różnych województwach. Kontrole były rzadkie, więc oszustwo przez długi czas pozostawało niezauważone. W niektórych przypadkach, gdy zapowiadano wizytację, podstawiano „busik” z osobami udającymi uczniów, aby inspektorzy zobaczyli „pełną klasę”.
Cały proceder trwał przez kilka lat – od 2017 do 2023 roku – i obejmował co najmniej dziesięć województw, w tym łódzkie, mazowieckie, dolnośląskie czy wielkopolskie. Według ustaleń prokuratury, w grupie działało w sumie 47 osób, a 14 z nich usłyszało już zarzuty. Postawiono im 79 zarzutów, w tym udział w zorganizowanej grupie przestępczej i wyłudzenie dotacji. Straty Skarbu Państwa mogą sięgać nawet 140 milionów złotych, choć śledczy na tym etapie potwierdzają wyłudzenia na co najmniej 39,5 miliona.
Jak doszło do tego, że przez tyle lat nikt nie zauważył nieprawidłowości? Odpowiedź jest prosta – system dotacyjny opiera się głównie na papierowych raportach i deklaracjach szkół. Urzędnicy rzadko weryfikują, czy osoby wpisane na listach faktycznie uczęszczają na zajęcia, a samorządy mają ograniczone możliwości sprawdzenia danych między sobą. W efekcie wystarczyło kilka podpisów, by fikcyjna szkoła mogła otrzymać setki tysięcy złotych miesięcznie.
Według śledczych za całym procederem mógł stać mężczyzna z Mazowsza – 52-letni fotograf, który miał organizować całą siatkę placówek i koordynować przepływ dokumentów. Dyrektorki wypełniały formalności i w zamian za udział w zyskach utrzymywały fikcyjną działalność. Wszystkim podejrzanym grozi do 15 lat więzienia, a część z nich objęto już dozorem policyjnym i zakazem opuszczania kraju.
Afera pokazuje, jak łatwo w Polsce można obejść system dotacji i jak trudno wykryć nadużycia, gdy wszystko „zgadza się na papierze”. To nie tylko skandal obyczajowy, ale też poważny cios dla zaufania do edukacji niepublicznej. Wiele osób pyta dziś, ile podobnych „fabryk uczniów” wciąż działa w kraju – i czy ktoś wreszcie odważy się zamknąć ten lukratywny, wieloletni proceder.

Komentarze (0)