Zdrowie i leki
29.01.2026

Koniec mitu „big pharmy”? Publiczne pieniądze, prywatne patenty i unijna gra o uczciwe ceny leków

Rafał Dobrzyński
Rafał Dobrzyński
NewsyZdrowie
Udostępnij:
facebook twitter
Skomentuj

Przez lata przemysł farmaceutyczny skutecznie utrwalał prostą historię: innowacyjny lek to efekt kilkunastu lat ryzyka, miliardowych inwestycji i determinacji prywatnych firm. W tej narracji wysokie ceny nie są patologią, lecz naturalną konsekwencją kosztownego procesu badawczo-rozwojowego. Problem w tym, że ta opowieść coraz częściej rozmija się z rzeczywistością.

Coraz więcej dowodów pokazuje, że wiele przełomowych terapii nie zaczynało swojego życia w laboratoriach korporacji, lecz w publicznych instytutach badawczych, na uniwersytetach i w projektach finansowanych z pieniędzy podatników. Firmy farmaceutyczne wchodzą do gry później – często w momencie, gdy największe ryzyko naukowe zostało już poniesione przez sektor publiczny.

Od publicznego ryzyka do komercyjnej ceny

Symbolicznym przykładem jest terapia genowa w rdzeniowym zaniku mięśni (SMA). Gdy w 2021 roku w Polsce zakończyły się fiaskiem rozmowy refundacyjne z powodu zaporowej ceny, organizacje pacjentów przypomniały niewygodny fakt: kluczowe prace nad tą terapią były prowadzone przez amerykańskie ośrodki akademickie, finansowane przez granty NIH oraz środki pochodzące ze zbiórek dobroczynnych. Łącznie na badania nad SMA przekazano ponad 240 mln dolarów, zanim projekt trafił do spółki AveXis, a następnie – już niemal gotowy – został kupiony przez Novartis.

Ten schemat nie jest wyjątkiem. Imatynib, uznawany za jeden z kamieni milowych w leczeniu nowotworów, wyrósł z wieloletnich badań podstawowych finansowanych publicznie. Technologie CAR-T, dziś wyceniane w setkach tysięcy euro za pacjenta, powstały w murach uczelni. Sofosbuwir – lek na WZW C, którego cena wywołała polityczne burze w USA i Europie – również korzystał z publicznego wsparcia na wczesnych etapach rozwoju.

Pandemia COVID-19 tylko obnażyła skalę zjawiska. Badania nad mRNA były finansowane przez agencje publiczne przez ponad dekadę, a same szczepionki i terapie przeciwwirusowe powstawały przy ogromnym zaangażowaniu państwowych grantów, infrastruktury i badań klinicznych. Mimo to negocjacje cenowe odbywały się często tak, jakby cały wysiłek spoczywał wyłącznie po stronie firm.

UE mówi: sprawdzam

W odpowiedzi na te napięcia Unia Europejska zaproponowała nowy mechanizm przejrzystości w ramach reformy prawa farmaceutycznego. Zgodnie z projektem, producenci leków mieliby obowiązek ujawniać wszystkie źródła publicznego i quasi-publicznego finansowania, które miały wpływ na rozwój danego produktu – niezależnie od tego, na jakim etapie i przez jaki podmiot środki zostały pozyskane.

Raport o finansowaniu miałby być publikowany krótko po dopuszczeniu leku do obrotu, audytowany przez niezależny podmiot i regularnie aktualizowany. Co istotne, obejmowałby także badania prowadzone zanim projekt trafił do rąk obecnego właściciela patentu.

To istotna zmiana filozofii. Po raz pierwszy na poziomie unijnym pojawia się próba systemowego pokazania pełnej historii leku – nie tylko od momentu rejestracji, ale od pierwszych eksperymentów w laboratoriach akademickich.

Czy transparentność obniży ceny?

Tu entuzjazm styka się z realiami. Z formalnego punktu widzenia sama wiedza o publicznym finansowaniu nie zmienia zasad refundacji ani nie daje państwom automatycznego narzędzia do wymuszania niższych cen. Negocjacje nadal opierają się na ocenie wartości klinicznej, koszt-efektywności i sile patentowego monopolu.

Nie oznacza to jednak, że jawność jest bez znaczenia. Może stać się elementem presji politycznej i społecznej – szczególnie w sytuacjach, gdy cena terapii drastycznie ogranicza dostęp pacjentów. Przykład szczepionek przeciwko COVID-19 pokazał, że argument wkładu publicznego potrafi realnie wpłynąć na finalne stawki, zwłaszcza gdy w grę wchodzi reputacja firmy i presja rządów.

Ryzyko uspołecznione, zyski sprywatyzowane

Propozycja UE wpisuje się w szerszą debatę o modelu innowacji, opisywanym m.in. przez ekonomistkę Marianę Mazzucato. Jej teza o „uspołecznionym ryzyku i sprywatyzowanych zyskach” szczególnie dobrze pasuje do farmacji: państwo finansuje badania podstawowe i wczesne etapy rozwoju, a gdy pojawia się gotowy produkt, jego cena bywa dyktowana wyłącznie logiką rynku.

Nie chodzi o negowanie roli firm farmaceutycznych ani o pomniejszanie ryzyka związanego z badaniami klinicznymi i komercjalizacją. Bez sektora prywatnego wiele terapii nigdy nie trafiłoby do pacjentów. Chodzi raczej o uczciwe uznanie wkładu publicznego – i o pytanie, czy nie powinien on znaleźć odzwierciedlenia w późniejszej polityce cenowej.

Krok w stronę uczciwszego systemu

Jawność finansowania nie jest magicznym rozwiązaniem problemu drogich leków. Jest jednak ważnym krokiem w stronę bardziej dojrzałej rozmowy o tym, kto naprawdę płaci za innowacje – i kto powinien z nich korzystać. W świecie, w którym dostęp do terapii coraz częściej decyduje o życiu i śmierci, mit „big pharmy” jako samotnego ryzykanta przestaje wystarczać jako uzasadnienie zaporowych cen.

Jeśli innowacje powstają dzięki wspólnemu wysiłkowi publicznemu i prywatnemu, społeczeństwo ma prawo oczekiwać, że ich owoce będą dostępne nie tylko na papierze, ale i w praktyce.

Komentarze (0)