W Zielonej Górze i Nowej Soli miało być nowocześnie, uczciwie i bez miejskiej propagandy. Tak przynajmniej obiecywali nowi włodarze jeszcze przed wyborami. W kampanii mówili wprost: zlikwidujemy tuby propagandowe – miejskie gazetki opłacane z publicznych pieniędzy. Słowa dotrzymali, ale szybko okazało się, że likwidacja była tylko kosmetyczna. Zamiast prawdziwej zmiany, zrobiono lifting.
Nowy prezydent Zielonej Góry jeszcze przed wyborami zapowiadał, że zamknie „Łącznik Zielonogórski”, czyli gazetkę wydawaną przez urząd miasta. Mieszkańcy słyszeli, że dość propagandy za publiczne pieniądze. Po wyborach faktycznie – „Łącznik” zniknął. Ale zamiast ciszy, pojawiły się… nowe plakaty. Banery, ogłoszenia i komunikaty – całe miasto obwieszono informacjami o nowej inicjatywie medialnej prezydenta.
Pojawiły się głosy, że to tylko gra pozorów. Poseł z regionu, Łukasz Mejza, w rozmowie z nami nie zostawia suchej nitki:
– Czy nie uważa Pan, że likwidacja „Łącznika Zielonogórskiego” była jedynie zabiegiem PR-owym, skoro prezydent miasta od razu zapowiedział stworzenie nowego, miejskiego medium informacyjnego?
Łukasz Mejza:
Typowo platformerskie cwaniactwo. Oni czują się lepsi od innych. Ludzi uważają za idiotów, ale prawda jest taka, że sami należą do nie najostrzejszych kredek w piórniku i społeczeństwo nie nabiera się na te żenujące triki.
Z jednej strony można by powiedzieć: nowy styl komunikacji. Z drugiej – trudno nie zauważyć, że „stara tuba” została po prostu zastąpiona nową. Zmieniła się nazwa, może redakcja, ale główny cel pozostał: mówić dobrze o władzy, milczeć o niewygodnych tematach.
Na pytanie o finansowanie banerów i promocji nowego projektu medialnego poseł Mejza odpowiada ostro:
– Jak Pan ocenia fakt, że prezydent zanim cokolwiek pokazał mieszkańcom, oblepił miasto bannerami promującymi nowe medium, finansowanymi najprawdopodobniej z publicznych pieniędzy?
Łukasz Mejza:
Typowo platformerskie cwaniactwo. Oni czują się lepsi od innych. Ludzi uważają za idiotów, ale prawda jest taka, że sami należą do nie najostrzejszych kredek w piórniku i społeczeństwo nie nabiera się na te żenujące triki.
Nowa Sól: cenzura zamiast rozmowy
W Nowej Soli było podobnie. Nowa prezydent również zamknęła lokalne pismo urzędu – „Krąg”. Początkowo wyglądało to jak odważny ruch: skończyć z miejską propagandą i otworzyć się na krytyczne media. Ale kilka miesięcy później coś się zmieniło.
Prezydent postanowiła odciąć się od niezależnych dziennikarzy. Do redakcji przysłała pismo – że ani ona, ani jej urzędnicy nie będą rozmawiać z mediami, które pozwalają sobie na krytykę. Kontakt? Tylko na piśmie. Tylko przez procedurę dostępu do informacji publicznej.
Dlaczego? Bo w gazecie ukazał się artykuł o tym, że prezydent marzy o własnym medium. To najwyraźniej przelało czarę goryczy.
Propaganda ma się dobrze
Od lat mówi się o tym, że samorządy nie powinny wydawać własnych gazet, że to nadużycie władzy i marnowanie publicznych pieniędzy. Powstały nawet projekty ustaw, które miałyby to ukrócić. Ale politycy niespecjalnie się nimi przejmują.
Poseł Mejza zapowiada jednak, że nie odpuści tematu:
– Czy Pana zdaniem samorządowe media powinny być w ogóle finansowane z budżetów miast, skoro tak często służą promocji władz, a nie interesowi mieszkańców?
Łukasz Mejza:
Zdecydowanie trzeba to ukrócić. PO zrobiła sobie z samorządowych mediów sposób na kampanię wyborczą za pieniądze mieszkańców.
Zamiast rezygnować z propagandy, przenoszą ją do instytucji, które formalnie z urzędem nie mają nic wspólnego. Na przykład na uczelnie. Tam, pod przykrywką „edukacji”, produkuje się treści, które chwalą lokalne władze.
Wciągani są w to nawet studenci dziennikarstwa. Zamiast uczyć się, jak zadawać trudne pytania i patrzeć władzy na ręce, są uczniami propagandy. Piszą artykuły, które mają dobrze wyglądać w oczach urzędu. A wykładowcy? Nierzadko sami pracują w tych „nowoczesnych tubach” i uczą studentów, jak nie drażnić tych, którzy rządzą.
Najgorsze jest to, że w takiej sytuacji obywatele zostają sami. Gdy dzieje się krzywda – urzędnicze media milczą. Bo przecież nie będą krytykować swoich pracodawców.
Znane sa historie, w których mieszkańcy protestowali przeciwko samorządowcom – bo byli pozywani za krytyczne wypowiedzi, bo walczyli z nielegalnym składowiskiem śmieci. Proszą o pomoc, podchodzą do dziennikarza, który przechodzi obok. A ten tylko wzrusza ramionami i odchodzi.
Tak wygląda rzeczywistość, w której media stają się częścią aparatu władzy, zamiast jej kontrolą.
Prawdziwa zmiana czy tylko gra w pozory?
Likwidowanie miejskich gazetek wygląda dobrze w materiałach wyborczych. Ale prawdziwa zmiana wymaga czegoś więcej niż zmiany nazwy. Jeśli nowi samorządowcy poważnie myślą o uczciwości, powinni otworzyć się na krytykę, niezależne media i obywateli

Komentarze (0)