wnba
23.07.2025

WNBA przynosi straty, a zawodniczki chcą więcej zarabiać

Rafał Dobrzyński
Rafał Dobrzyński
Sport
Udostępnij:
facebook twitter
Skomentuj

Kobieca koszykówka w USA przeżywa obecnie medialny boom - głównie za sprawą debiutu Caitlin Clark, wyrazistej osobowości Angel Reese, rosnącej liczby talentów i prób budowania narracji wokół żeńskiego odpowiednika NBA. Jednak pomimo rosnącego zainteresowania, WNBA nadal balansuje na granicy sportowego spektaklu i finansowego eksperymentu, którego rachunki od lat pokrywa liga mężczyzn.

„Pay us what you owe us”

Tegoroczny Mecz Gwiazd WNBA miał być świętem żeńskiej koszykówki. Zamiast tego – zaszokował opinię publiczną. Zawodniczki wybiegły na parkiet w koszulkach z napisem „Zapłaćcie nam to, co jesteście nam winni”. Ten gest miał być protestem przeciwko nierównościom płacowym w sporcie. Problem w tym, że trudno mówić o sprawiedliwości w sytuacji, gdy liga kobiet od dekad przynosi straty, a NBA musi regularnie dopłacać do jej funkcjonowania.

O ile przeciętny kibic może dać się uwieść hasłom o „równości”, o tyle każdy, kto śledzi finanse WNBA, wie jedno: gdyby nie wsparcie NBA, ta liga najpewniej już dawno by nie istniała. Jeśli ktoś coś komuś „jest winien”, to prędzej WNBA – swoim sponsorom, lidze męskiej i garstce wiernych kibiców.

Liczby nie kłamią

Najlepiej zarabiające zawodniczki WNBA – Kelsey Mitchell, Jewell Loyd, Arike Ogunbowale, Kahleah Copper i Gabby Williams – inkasują kwoty porównywalne z… minimalnym kontraktem w NBA. Brzmi brutalnie? Być może. Ale w sporcie profesjonalnym wszystko rozbija się o popyt, podaż i zainteresowanie.

Choć debiut Caitlin Clark wywindował frekwencję na meczach Indiany Fever, większość drużyn WNBA wciąż nie potrafi wypełnić trybun. Średnia widownia w tym sezonie wynosi około 11 tysięcy fanów – zaledwie dwie trzecie tego, co w NBA. Najniższy wynik? Niewiele ponad 3 tysiące sprzedanych biletów.

Do tego dochodzi słaba sprzedaż League Passów, nieopłacalne kampanie marketingowe i kontrakty nieproporcjonalne do generowanych zysków. W efekcie – NBA każdego roku musi zasypywać dziurę w budżecie swojego żeńskiego odpowiednika.

Zamiast wdzięczności – pycha

Zadziwiający jest również brak wdzięczności części zawodniczek WNBA wobec ligi męskiej. Brittney Griner swego czasu stwierdziła, że w meczu 1 na 1 ograłaby DeMarcusa Cousinsa… do zera. Inne zawodniczki twierdziły, że WNBA jest „trudniejsza i bardziej ekscytująca” od NBA. Trudno jednak uznać te opinie za wiarygodne, kiedy obserwujemy zawodniczki zdobywające double-double głównie dzięki dobiciom własnych niecelnych rzutów spod kosza.

A potem przychodzi ktoś taki jak Jaylen Brown na trybuny – i jest… wyśmiewany. Absurd goni absurd.

Caitlin Clark – iskra nadziei i… cel ataków

W tej atmosferze pojawiła się Caitlin Clark – gwiazda, która nie potrzebuje krzyczeć, by być słyszana. Jej talent jest niepodważalny, a podejście do sportu – profesjonalne. Nie bawi się w wojny ideologiczne, nie rzuca frazesami o opresji kobiet. Po prostu gra. I to jak!

Ale właśnie to – normalność, brak kompleksów wobec mężczyzn, pokora i autentyczność – sprawiły, że stała się wrogiem numer jeden dla wielu w samej lidze. Zamiast być bohaterką, stała się… celem. Jej przeciwniczki coraz częściej grają agresywnie, a media społecznościowe są pełne zawoalowanych przytyków i niechęci.

Być może dlatego – z wyrachowania, nie przekonania – Clark także założyła koszulkę z kontrowersyjnym hasłem na All-Star Game. Może po prostu uznała, że nie warto sobie robić więcej wrogów.

Dokąd zmierza WNBA?

WNBA ma potencjał, by być ważnym elementem sportowego świata. Ale tylko wtedy, gdy zrozumie jedno: zainteresowanie i pieniądze trzeba najpierw zasłużyć, a nie wymusić. Rynek nie działa według ideologicznych haseł – działa według praw ekonomii.

A na razie? Renesans WNBA to raczej renesans Caitlin Clark. Reszta – to nadal walka z rzeczywistością i zaklinanie liczb.

Komentarze (1)