Donald Trump od lat powtarzał, że TikTok stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Wskazywał na chińskie pochodzenie platformy, potencjalny dostęp Pekinu do danych użytkowników oraz możliwość wpływania na debatę publiczną. Gdy wreszcie doprowadził do przejęcia amerykańskiej części TikToka przez rodzimych inwestorów, ogłosił sukces. Problem w tym, że wraz z „uratowaniem” platformy zagrożenie nie zniknęło - zmieniło jedynie adres.
Znikające tematy i milczące algorytmy
Kilka dni po sfinalizowaniu transakcji użytkownicy TikToka w USA zaczęli zauważać zjawiska trudne do uznania za przypadkowe. Drastyczne spadki zasięgów, brak możliwości udostępniania linków, filmy tracące wyświetlenia niemal z godziny na godzinę, a przede wszystkim nagłe „znikanie” tematów politycznych. Szczególnie tych niewygodnych: związanych z listą Jeffreya Epsteina, działaniami ICE czy głośnymi incydentami z użyciem sił federalnych.
Oficjalna linia była przewidywalna – „problemy techniczne”, „błędy algorytmów”, „przypadkowe ograniczenia”. Tyle że skala zjawiska i jego selektywność podważały wiarygodność tych tłumaczeń. W ciągu kilkudziesięciu godzin do administracji TikToka wpłynęły setki tysięcy skarg, a w sieci zaczęły krążyć zrzuty ekranu z ostrzeżeniami o rzekomym „naruszaniu standardów społeczności” przez neutralne hasła.
Nowi właściciele, nowe lojalności
Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy podobne ograniczenia zaczęły pojawiać się równolegle na Facebooku, Instagramie i Threads. Tam również zablokowano treści związane z ujawnianiem danych funkcjonariuszy ICE i krytyką ich działań. Trudno było nie zauważyć wspólnego mianownika: wszystkie platformy należały do ludzi pozostających w bardzo dobrych relacjach z obecną administracją.
Nowy układ właścicielski TikToka tylko podsycił te wątpliwości. Larry Ellison, jeden z głównych udziałowców, jest wieloletnim sojusznikiem i darczyńcą Trumpa. Mark Zuckerberg, jeszcze niedawno przedstawiany jako wróg konserwatystów, dziś coraz wyraźniej wpisuje się w nową linię politycznego pragmatyzmu. Liberalni komentatorzy zaczęli mówić o cenzurze, konserwatyści – o konieczności „porządkowania przestrzeni informacyjnej”. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy, ale niepokój jest uzasadniony.
Szczególnie gdy zestawi się obecną praktykę z deklaracjami. W dniu inauguracji swojej drugiej kadencji Donald Trump podpisał dekret o „przywracaniu wolności słowa” i zakończeniu federalnej cenzury. Dokument wprost potępiał naciski rządu na platformy internetowe i manipulowanie debatą publiczną pod pretekstem walki z dezinformacją. Brzmi jak manifest wolnościowy – do momentu, w którym zauważymy wygodną furtkę: rząd nie cenzuruje, robią to prywatne firmy.
Prywatna cenzura jako wygodne alibi władzy
Formalnie wszystko się zgadza. W praktyce jednak władza państwowa ma ogromny wpływ na losy medialnych gigantów – od zgód regulacyjnych, przez postępowania sądowe, po polityczną presję i publiczne groźby. Trudno mówić o pełnej niezależności platform, gdy ich właściciele wiedzą, kto rozdaje karty.
Granice wolności słowa nie są dziś przesuwane gwałtownie. Przesuwają się powoli, niemal niezauważalnie. Jednego dnia ogranicza się dostęp do niewygodnych tematów, innego redefiniuje się pojęcia. Coraz częściej krytyka polityki Izraela bywa automatycznie zrównywana z antysemityzmem, a algorytmy uczą się, które słowa są „bezpieczne”, a które nie. Jeśli pozytywne użycie słowa „syjonista” jest akceptowalne, a negatywne już nie – to nie jest neutralna moderacja, lecz ideologiczny filtr.
W takim świecie można wychwalać radykalnych polityków, a jednocześnie „ukrywać” postacie historyczne, które nie pasują do aktualnej narracji. Nie dlatego, że łamią prawo, ale dlatego, że są niewygodne.
TikTok miał być zagrożeniem, bo był chiński. Okazuje się jednak, że prawdziwe pytanie nie brzmi: kto jest właścicielem platformy, lecz komu bije jej algorytm. A odpowiedź na to pytanie coraz rzadziej ma cokolwiek wspólnego z wolnością słowa, o której tak chętnie mówią politycy.

Komentarze (0)