Europa przyzwyczaiła się do prostego podziału: lewica broni migrantów, prawica chce ich deportować. Dania ten schemat rozbiła w pył. Najbardziej restrykcyjną politykę migracyjną w Unii Europejskiej prowadzi dziś rząd socjaldemokratyczny, a jego twarzą jest premier Mette Frederiksen. To paradoks, który dla jednych jest dowodem politycznego realizmu, a dla innych - zdradą wartości.
Jedno jest pewne: Kopenhaga nie tylko mówi o twardej polityce migracyjnej. Ona ją konsekwentnie realizuje – i właśnie zapowiada kolejny krok, który wywołuje poruszenie w całej Europie.
Socjalna lewica, twarde państwo
Mette Frederiksen stoi na czele duńskiego rządu od 2019 roku i reprezentuje Partię Socjaldemokratyczną. W polityce społecznej jej rząd nie odbiega od klasycznej lewicowej agendy: bony żywnościowe dla milionów obywateli o niskich dochodach, zmniejszanie liczebności klas w szkołach, obniżanie opłat za żłobki i przedszkola. Jednocześnie Dania zdecydowała się na kontrowersyjne podniesienie wieku emerytalnego do 70. roku życia.
To jednak nie te reformy sprawiły, że Frederiksen znalazła się na czołówkach europejskich mediów. Stało się tak z powodu jej języka i działań wobec imigrantów, które w wielu krajach kojarzone są raczej ze skrajną prawicą.
W noworocznym orędziu premier mówiła wprost:
Do tych ludzi, którzy przyjechali tutaj i popełniają przestępstwa: nie powinniście tu być. Nie mamy ochoty na waszą przemoc i waszą kulturę dominacji. Niszczycie nasz kraj – i nie pozwolimy wam na to.
To zapowiedź dalszego zaostrzania kursu, który Dania prowadzi od lat.
Jak Dania doszła do tego miejsca
Jeszcze przed 2015 rokiem Dania przyjmowała nawet 15 tysięcy imigrantów rocznie. Kryzys migracyjny zmienił jednak nastroje społeczne radykalnie. Rosnące koszty socjalne, problemy z integracją i przestępczością sprawiły, że sprzeciw wobec migracji stał się w Danii masowy – i politycznie opłacalny.
Pierwsza wykorzystała to prawica, a szczególnie Duńska Partia Ludowa. Wprowadzono wówczas rozwiązania, które wzbudzały oburzenie w Europie: konfiskatę kosztowności migrantów na pokrycie kosztów pobytu, kampanie zniechęcające do przyjazdu, ograniczenie łączenia rodzin, zaostrzenie kryteriów azylowych, a nawet pomysły deportacji radykalnych imamów.
Gdy w 2019 roku władzę przejęli socjaldemokraci, wielu spodziewało się korekty kursu. Stało się odwrotnie.
Frederiksen przejmuje narrację populistów
Rząd Frederiksen:
- ogłosił cel „zero wniosków azylowych”,
- rozpoczął cofanie zezwoleń pobytowych Syryjczykom z regionów uznanych za „bezpieczne”,
- zaproponował wysokie zachęty finansowe za dobrowolny powrót do kraju pochodzenia,
- przyjął prawo umożliwiające rozpatrywanie wniosków azylowych poza Europą,
- zaostrzył obowiązki wobec osób przeznaczonych do deportacji.
Premier konsekwentnie tłumaczy, że masowa migracja spoza Europy prowadzi do problemów integracyjnych, które w pewnym momencie stają się nie do opanowania. I – co kluczowe – nie cofa się pod presją międzynarodowej krytyki.
Co więcej, wykorzystuje swoją pozycję w UE. Gdy Dania przewodniczyła Radzie Unii Europejskiej, Frederiksen otwarcie apelowała o twardsze podejście do migrantów popełniających przestępstwa, mówiąc wprost, że nie widzi dla nich miejsca w Europie.
Automatyczne deportacje: nowy etap
Na przełomie 2025 i 2026 roku rząd w Kopenhadze ogłosił projekt, który wywołał kolejną falę kontrowersji: automatyczną deportację cudzoziemców skazanych na co najmniej rok więzienia za poważne przestępstwa, w tym gwałty.
Premier przyznała, że nowe przepisy mogą naruszać Europejską Konwencję Praw Człowieka, ale podkreśliła, że bezpieczeństwo obywateli ma absolutne pierwszeństwo. Rząd idzie jeszcze dalej – planuje nawet powołanie specjalnego ambasadora ds. deportacji.
Prawica w całej Europie bije brawo. Liberalne elity i organizacje praw człowieka biją na alarm.
Dlaczego to działa?
Klucz do zrozumienia duńskiego fenomenu tkwi w strategii politycznej. Jak zauważają analitycy, Frederiksen świadomie zerwała z liberalnym podejściem swojej partii do migracji, zachowując jednocześnie lewicową politykę społeczną i gospodarczą.
Efekt?
- ograniczenie napływu migrantów,
- osłabienie skrajnej prawicy, która straciła swój główny temat mobilizacyjny,
- odzyskanie poparcia klasy pracującej i wyborców z mniejszych miejscowości.
Socjaldemokraci przejęli argumenty populistów – i pozbawili ich paliwa politycznego.
Na koniec warto dodać istotny kontekst prawny. Dania korzysta z tzw. klauzuli opt-out, wynegocjowanej jeszcze w 1992 roku. Oznacza to, że nie musi w pełni stosować unijnych przepisów dotyczących polityki azylowej i migracyjnej. Dzięki temu może wprowadzać rozwiązania, które w innych krajach byłyby znacznie trudniejsze do przeforsowania.
Europa przed dylematem
Dania stała się laboratorium politycznym. Pokazuje, że można połączyć rozbudowane państwo socjalne z bezkompromisową polityką migracyjną – i wygrać wybory. Pytanie brzmi, czy to nowy model dla europejskiej lewicy, czy jedynie duński wyjątek wynikający ze specyficznych uwarunkowań prawnych i społecznych.
Jedno jest pewne: migracyjne tabu w Europie pęka. A fakt, że robi to socjaldemokratyczna premier, czyni ten proces jeszcze bardziej politycznie niewygodnym dla całego kontynentu.

Komentarze (0)