Miało być bezpieczniej, ciszej i przede wszystkim – trzeźwiej. Tymczasem warszawska nocna prohibicja, która weszła w życie 1 czerwca 2026 roku, już po tygodniu zebrała swoje pierwsze, uderzająco przewidywalne żniwo. Zamiast zapowiadanego sukcesu wychowawczego, stolica zyskała prężnie działające podziemie alkoholowe. Warszawiacy udowodnili, że potrzeba jest matką wynalazków, a popyt nie znika tylko dlatego, że wybiła godzina 22:00.
Sukces na papierze, e-melina w realu
Oficjalny przekaz płynący z ratusza i od polityków Koalicji Obywatelskiej jest pełen optymizmu. Prohibicja działa! Spada liczba policyjnych interwencji, ulice pustoszeją, a bezpieczeństwo rośnie. Urzędnicy mogą odtrąbić sukces, zamknąć segregatory i wrócić do domów.
Problem w tym, że życie nie znosi próżni, a walka z alkoholem za pomocą zakazów administracyjnych po raz kolejny w historii kończy się tak samo. Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, wystarczyło zaledwie siedem dni, by sieć zalała fala ofert od internetowych handlarzy. Stolica dorobiła się nowego zjawiska: e-melin.
Wystarczy kilka kliknięć w mediach społecznościowych, by zamówić dostawę prosto pod drzwi. Cennik nowego podziemia?
- Wódka (0,5l): od 50 do 70 zł (w zależności od marki),
- Wino różowe: ok. 40 zł,
- Piwo: od 7 zł,
- Koszt dostawy: maksymalnie 15 zł.
Biznes kręci się tak dobrze, że w weekendowe noce kurierzy z e-melin regularnie meldują brak towaru. Co gorsza, w lukę rynkową błyskawicznie weszli dilerzy narkotyków. Skoro i tak handlują w sieci nielegalnymi substancjami, rozszerzenie asortymentu o „wyszukane alkohole” było dla nich czysto biznesową, bezwysiłkową decyzją.
„Panie kierowco, kurs na Mościska!”
Drugim filarem warszawskiego podziemia stali się… kierowcy taksówek na aplikację. Ponieważ nocne restrykcje obowiązują wyłącznie w granicach administracyjnych Warszawy, ościenne gminy – takie jak Stare Babice, Piastów czy Izabelin – stały się z dnia na dzień alkoholowymi oazami.
Prawdziwym symbolem warszawskiej prohibicji stała się stacja benzynowa w podwarszawskich Mościskach (tuż przy ulicy Estrady), która leży zaledwie metry za granicą stolicy. To tam co noc ciągną sznury warszawskich taksówek.
„Co trzeci pasażer pytał o alkohol, żeby go zawieźć na stację albo żeby przywieźć alkohol. Najpierw jeździłem na Mościska albo do Babic. W piątek już miałem kilka swoich flaszek w bagażniku” – przyznaje bez ogródek jeden z kierowców w rozmowie z „GW”.
Tym sposobem warszawska uchwała, zamiast zmniejszać ślad węglowy i dbać o zdrowie, wygenerowała setki dodatkowych, nocnych kursów samochodowych na obrzeża miasta, a taksówkarze zyskali nowe, niezwykle zyskowne źródło dochodu jako mobilni barmani.
Polak potrafi, urzędnik udaje, że nie widzi
Patrząc na to, co dzieje się w Warszawie, trudno nie odnieść wrażenia, że polskie prawo tworzone jest w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. Najpierw Sejm uderza w letnie ogródki i legalną gastronomię pod pretekstem walki z promocją alkoholu (akcja #ZostawcieOgrodki), a chwilę później samorząd, wprowadzając nocną prohibicję, oddaje rynek w ręce szarej strefy i internetowych dilerów.
Zamiast cywilizowanego spożywania alkoholu w kontrolowanych warunkach, mamy nocne wycieczki na stacje benzynowe za miasto i kurierów z e-melin dostarczających alkohol z niepewnych źródeł.
Warszawska prohibicja miała nas przybliżyć do zachodnich standardów porządku. Na razie przybliżyła nas do czasów Ala Capone i kultowego hasła, że „w Polsce jak w lesie” – im bardziej urzędnik zakazuje, tym bardziej obywatel kombinuje.

Komentarze (0)