Ricky Gervais i jego ostatni taniec z Hollywood
13.11.2025

Ricky Gervais i jego ostatni taniec z Hollywood – pięć lat po legendarnym monologu

Rafał Dobrzyński
Rafał Dobrzyński
Rozrywka
Udostępnij:
facebook twitter
Skomentuj

W styczniu 2020 roku świat show-biznesu wstrzymał oddech. Na scenę w Beverly Hilton Hotel wszedł Ricky Gervais - brytyjski komik, scenarzysta, reżyser i człowiek, który nigdy nie miał zamiaru przypodobać się hollywoodzkiej elicie. Po raz piąty i, jak sam zapowiedział, ostatni poprowadził galę Złotych Globów. Już pierwsze zdania zapowiadały, że to nie będzie grzeczny wieczór.

Nie obchodzi mnie to. Nigdy mnie nie obchodziło

– rzucił Gervais ze sceny, zanim jeszcze publiczność zdążyła się rozsiąść. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że nadchodzi jeden z najbardziej brutalnie szczerych występów w historii nagród filmowych.

Polowanie na święte krowy

W kilkunastominutowym otwarciu Gervais wyciął Hollywood do żywego. Nie było świętych krów. Nie oszczędził nikogo – od Felicity Huffman po Leonardo DiCaprio, od Apple i Amazona po samego Martina Scorsesego. Szydził z hipokryzji celebrytów, którzy w jednym zdaniu potrafią dziękować Bogu, a w drugim moralizować o świecie, nie mając z nim kontaktu od dekad.

Jeśli wygracie nagrodę, nie wygłaszajcie politycznych przemówień. Nie znacie prawdziwego świata. Większość z was spędziła w szkole mniej czasu niż Greta Thunberg

– grzmiał ze sceny, a kamera pokazywała twarze aktorów, na których mieszały się śmiech, zażenowanie i czysta konsternacja.

To było coś więcej niż występ komika. To był bezlitosny komentarz o stanie współczesnego Hollywood – o branży, która od lat próbuje zakryć własne grzechy pustym moralizatorstwem i powierzchowną „wrażliwością społeczną”.

Śmiech przez zgrzytanie zębów

Tamtego wieczoru Gervais udowodnił, że komedia może być bardziej prawdziwa niż jakiekolwiek przemówienie o równości czy wolności słowa. Kiedy żartował z Netflixa („To powinno być proste: wychodzę, mówię ‘Gratulacje, Netflix, wygraliście wszystko, dobranoc’”), czy wbijał szpilę Apple’owi („Serial o etyce i godności, wyprodukowany przez firmę, która ma fabryki w Chinach”), publiczność śmiała się – ale nerwowo.

To był śmiech ludzi, którzy wiedzieli, że Gervais mówi głośno to, co wielu myśli po cichu.

Epoka ironii się kończy, a Gervais wciąż ma rację

Minęło pięć lat. Hollywood przeszło przez pandemię, kolejne fale „woke culture”, protesty scenarzystów i aktorów, upadki studiów i wzrost potęgi platform streamingowych. I choć branża zmienia się szybciej niż kiedykolwiek, słowa Gervaisa wciąż brzmią aktualnie.

Jego monolog z 2020 roku można dziś traktować jak list pożegnalny do starego Hollywood – tego, które udawało moralny autorytet, jednocześnie opływając w luksus i odklejenie od rzeczywistości.

To także manifest niezależności – przypomnienie, że komedia nie ma być wygodna, lecz prawdziwa. Gervais nie był złośliwy dla samej złośliwości. Był szczery, może brutalnie, ale w świecie, który coraz częściej filtruje każdy żart przez pryzmat poprawności politycznej, jego bezkompromisowość była jak powiew świeżego, lodowatego powietrza.

Dlaczego ten występ przeszedł do historii

Występ Ricky’ego Gervaisa na 77. Złotych Globach stał się symbolem – nie tylko jego stylu humoru, ale i odwagi mówienia prawdy w twarz tym, którzy przez lata ją kontrolowali. Dziś, gdy internet pełen jest komentarzy „Ricky miał rację”, łatwo zapomnieć, że w tamtym momencie wielu chciało go za ten występ „anulować”.

Ale jak sam Gervais powiedział:

To tylko żarty. Wszyscy i tak umrzemy, a sequela nie będzie.

Trudno o lepsze podsumowanie jego filozofii – i lepsze epitafium dla świata, który kiedyś nazywano Fabryką Snów.

Komentarze (0)