Zełenski i nazwa jednostki wojskowej rozgrzała polskich komentatorów do czerwoności
01.06.2026

Zełenski i nazwa jednostki wojskowej rozgrzała polskich komentatorów do czerwoności

Redakcja
Redakcja
Newsy
Udostępnij:
facebook twitter
Skomentuj

Decyzja Zełenskiego o nazwie jednostki wojskowej wywołała burzę w Polsce. Komentatorzy nie przebierają w słowach. Co tak naprawdę się stało?

Kiedy wydawało się, że polsko-ukraińskie relacje są na całkiem dobrej stopie, jeden dekret Wołodymyra Zełenskiego wystarczył, żeby rozgrzać polskie media do czerwoności. Chodzi o nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia nawiązującego do Ukraińskiej Powstańczej Armii — organizacji, której historia jest w Polsce głęboko kontrowersyjna.

Witold Jurasz, dziennikarz i publicysta Onetu, nie owijał w bawełnę w programie Onet Rano. WIEM. Według niego decyzja ukraińskiego prezydenta to wprost obelga wobec Polski, szczególnie w kontekście ogromnej pomocy, jaką Polska zaoferowała Ukrainie od początku rosyjskiej agresji na pełną skalę. Kilka milionów ukraińskich uchodźców, otwarte granice, wsparcie polityczne i logistyczne — i taka odpowiedź? Jurasz nazwał to wprost splunięciem w twarz.

Dlaczego UPA to tak czuły temat?

Dla wielu Polaków skrót UPA natychmiast przywołuje jedno skojarzenie — rzeź wołyńską, czyli masowe mordy na polskiej ludności cywilnej na Kresach Wschodnich podczas II wojny światowej. To jedna z najbardziej bolesnych ran w polskiej zbiorowej pamięci, nierozliczona historycznie i wciąż żywa w wielu rodzinach. Szacuje się, że zginęły dziesiątki tysięcy Polaków — historycy spierają się o dokładne liczby, ale skala tragedii nie budzi wątpliwości.

W ukraińskiej narracji historycznej UPA funkcjonuje natomiast jako symbol walki o niepodległość — i ta interpretacja jest tam głęboko zakorzeniona. Problem w tym, że gloryfikowanie tej formacji przez oficjalne struktury państwowe trafia w Polsce jak płachta na byka — zwłaszcza gdy dzieje się to w momencie, gdy Polska jest jednym z kluczowych sojuszników Kijowa.

Nie tylko Jurasz — temat huczy w sieci

Komentarz publicysty Onetu szybko zaczął krążyć w mediach społecznościowych. Na Twitterze/X i Facebooku pełno było gorących dyskusji — jedni zgadzali się, że Kijów powinien być bardziej wyczulony na polskie odczucia, inni zwracali uwagę, że Ukraina walcząc o przetrwanie, ma prawo budować własne symbole narodowe bez oglądania się na sąsiadów.

Głos zabrali też politycy różnych opcji — temat okazał się jednym z niewielu, przy którym podziały partyjne nieco się zatarły. Historyczna wrażliwość wokół Wołynia to w Polsce kwestia, która potrafi zjednoczyć środowiska na co dzień ze sobą skonfliktowane.

Dyplomacja czy emocje — co wygra?

Eksperci od stosunków międzynarodowych zwracają uwagę, że tego typu gesty — choć na pozór symboliczne — mają realny wpływ na klimat polityczny między krajami. Polska opinia publiczna jest czujna, a rząd w Warszawie nie może ignorować takich nastrojów, nawet jeśli strategicznie zależy mu na silnym partnerstwie z Kijowem.

Z drugiej strony — Ukraina jest dziś państwem walczącym o przeżycie i budującym swoją tożsamość narodową w warunkach ekstremalnych. Kijów wielokrotnie podkreślał, że kwestie historyczne powinny być rozwiązywane w dialogu, nie przez jednostronne oceny. Tyle że dialog wymaga wrażliwości po obu stronach — i właśnie tej wrażliwości zdaniem wielu polskich komentatorów ostatnio zabrakło.

Co z tym zrobić?

Polsko-ukraińskie relacje od lat balansują między autentyczną bliskością a historycznymi zaszłościami. Pandemia, migracje, a potem pełnoskalowa rosyjska agresja — to wszystko zbliżyło oba narody jak nigdy wcześniej. Ale historia ma to do siebie, że potrafi wrócić w najmniej oczekiwanym momencie.

Tym razem wrócił w formie nazwy wojskowej jednostki. Czy Kijów zareaguje na polskie oburzenie? Czy Warszawa zdecyduje się na oficjalną notę dyplomatyczną? Na razie gorąco jest głównie w mediach i na salonach — ale przy takiej temperaturze emocji trudno wykluczyć, że sprawa trafi na wyższy szczebel.

Jedna rzecz jest pewna — w erze social mediów żaden gest, nawet ten z pozoru wewnętrzny i wojskowy, nie pozostaje bez echa za granicą. Zełenski, który sam świetnie rozumie siłę symboli i komunikacji, z pewnością zdawał sobie z tego sprawę. Pytanie tylko — czy był na taką reakcję przygotowany.

Komentarze (0)