W debacie o równości coraz częściej słyszymy o potrzebie „wyrównywania szans”. Programy wsparcia, dodatkowe punkty rekrutacyjne, dedykowane ścieżki dla kobiet - wszystko to przedstawiane jest jako odpowiedź na nierówności rynku pracy. Problem zaczyna się wtedy, gdy zderzymy te narracje z twardymi danymi. A te są jednoznaczne. Z raportu za 2024 rok wynika, że w powiatowych i wojewódzkich urzędach pracy kobiety stanowią aż 85% wszystkich zatrudnionych, a w samych PUP-ach nawet 86,3% . To nie jest lekka przewaga. To dominacja na poziomie, który w każdej innej sytuacji zostałby natychmiast nazwany „systemową nierównością”.
Selektywna wrażliwość na nierówności
I tu pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego w jednych sektorach taka dysproporcja jest problemem wymagającym interwencji, a w innych – całkowicie ignorowana? Wyobraźmy sobie odwróconą sytuację. 85% mężczyzn w instytucji publicznej, której misją jest wspieranie rynku pracy. Czy ktoś miałby wątpliwości, że to temat na nagłówki, raporty i programy naprawcze? Tymczasem w przypadku urzędów pracy – cisza. Nie ma debat o „niedoreprezentowaniu mężczyzn”, nie ma programów zachęcających ich do pracy w administracji, nie ma dodatkowych punktów za bycie mężczyzną. Jest za to coś odwrotnego: w wielu projektach aktywizacyjnych bycie kobietą nadal daje przewagę punktową.
System, który przestał widzieć rzeczywistość
Problem nie polega na tym, że kobiety pracują w urzędach pracy. Problem polega na tym, że polityka publiczna zdaje się funkcjonować według przestarzałych założeń, ignorując aktualne dane. Jeśli w danym sektorze jedna grupa stanowi ponad 80% zatrudnionych, to albo mamy do czynienia z naturalną specjalizacją (co podważa sens interwencji gdzie indziej), albo z systemową preferencją (co powinno być przedmiotem analizy i korekty). Nie można jednocześnie twierdzić, że nierówności są złe, ale tylko wtedy, gdy dotyczą jednej konkretnej grupy. To nie jest polityka równości. To jest polityka wybiórcza.
Skąd ta dysproporcja?
Oczywiście istnieją czynniki, które mogą tłumaczyć taki stan – charakter pracy administracyjnej, stabilność zatrudnienia czy struktura wykształcenia. Ale żaden z tych argumentów nie wyjaśnia, dlaczego system nadal aktywnie premiuje jedną grupę, mimo że w wielu obszarach osiągnęła ona już wyraźną dominację.
Czas na uczciwą rozmowę
Jeśli naprawdę zależy nam na równości, musimy przestać traktować ją jako hasło ideologiczne, a zacząć jako zasadę stosowaną konsekwentnie. Bo równość nie polega na tym, żeby wspierać jednych zawsze i wszędzie. Równość polega na reagowaniu tam, gdzie rzeczywiście istnieje nierównowaga – niezależnie od tego, kogo dotyczy. Dane z urzędów pracy pokazują jedno: rzeczywistość już dawno przestała pasować do narracji, którą wciąż próbuje się utrzymać. I im dłużej będziemy to ignorować, tym bardziej polityka „równościowa” będzie tracić wiarygodność – stając się nie narzędziem sprawiedliwości, lecz symbolem podwójnych standardów.

Komentarze (0)