Opony całoroczne to dziś jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się segmentów rynku motoryzacyjnego. Jeszcze dekadę temu traktowane były jak półśrodek – rozwiązanie dla tych, którzy nie mają czasu lub chęci zmieniać opon dwa razy w roku. Dziś to pełnoprawny produkt, który w wielu sytuacjach naprawdę ma sens. Ale czy zawsze? Czy warto je zakładać w aucie o mocy 300 koni? A może tylko w miejskim SUV-ie z napędem na przód?
W Polsce opony całoroczne nie są nowością. W latach 80. i 90. większość aut jeździła na gumach, które dziś uznalibyśmy za „uniwersalne” – słynne Stomile D124 radziły sobie zarówno latem, jak i zimą. Dopiero później Polacy przekonali się do zalet opon sezonowych. Teraz historia zatacza koło, z tą różnicą, że współczesne opony całoroczne to zupełnie inna liga.
Dzisiejsze modele, zanim trafią na rynek europejski, muszą spełnić normy opon zimowych i otrzymać oznaczenie 3PMSF (symbol płatka śniegu na tle góry). Oznacza to, że można ich legalnie używać zimą nawet w krajach, gdzie zimówki są obowiązkowe. Problem w tym, że stworzenie opony, która poradzi sobie równie dobrze przy +30°C i przy –10°C, to sztuka kompromisu.
SUV i opony całoroczne – małżeństwo z rozsądku
SUV-y są jak opony całoroczne – uosabiają uniwersalność. Kupujemy je, bo mają być „do wszystkiego”: trochę rodzinne, trochę terenowe, trochę miejskie. Nic dziwnego, że większość kierowców SUV-ów chętnie wybiera ogumienie wielosezonowe.
W teście opon w rozmiarze 215/55 R17 przeprowadzonym przez Auto Świat – typowym dla aut takich jak Skoda Karoq, VW T-Roc, Toyota Yaris Cross czy Hyundai Kona – wypadły bardzo różnie. Najlepsze modele oferowały trakcję i hamowanie niemal jak dobre opony zimowe, a latem radziły sobie zaskakująco dobrze. Ale był też jeden model, którego – jak napisali testerzy – „nie poleciliby nawet najgorszemu wrogowi”.
W SUV-ach o umiarkowanej mocy, które rzadko przekraczają 180 km/h i służą głównie do jazdy po mieście lub trasach krajowych, dobre opony całoroczne mają sens. Kierowca zyskuje wygodę (brak wymiany opon), oszczędność (brak konieczności zakupu dwóch kompletów) i bezpieczeństwo wystarczające na większość zim w Polsce.
300 koni i opony całoroczne? To jak bieg w klapkach
Inaczej wygląda sytuacja w mocnych autach – np. w BMW 340i, Audi S4 czy Mustangu GT. Przy nawet 300 koniach mechanicznych i sportowym zawieszeniu opony całoroczne nie mają racji bytu. Ich mieszanka jest zbyt miękka, by utrzymać stabilność przy dużych prędkościach i dynamicznym prowadzeniu. Na suchym asfalcie szybciej się zużywają, gorzej znoszą przeciążenia w zakrętach i dłużej hamują.
W takich autach opony sezonowe – letnie i zimowe – są nie tylko kwestią osiągów, ale też bezpieczeństwa. Silne przyspieszenia, mocne hamowania i precyzyjne prowadzenie to wymagania, których opony całoroczne po prostu nie są w stanie w pełni spełnić.
Sedan, kompakt, miejski crossover – czyli złoty środek
W samochodach o mocy 100–180 KM, szczególnie tych z napędem na przód, opony całoroczne to coraz lepszy kompromis. Do codziennej jazdy po mieście, krótkich trasach i zimach, które coraz rzadziej są prawdziwie śnieżne, wystarczą w zupełności. W sedanie klasy średniej (np. Toyota Corolla, VW Passat) też mogą być rozsądnym wyborem, o ile kierowca nie oczekuje sportowych emocji i nie jeździ agresywnie po zakrętach.
Z kolei właściciele kompaktowych SUV-ów (Hyundai Tucson, Nissan Qashqai, Kia Sportage) coraz częściej zakładają całoroczne zestawy i są z nich zadowoleni – szczególnie gdy jeżdżą głównie po mieście i drogach ekspresowych.
Podsumowanie – dla kogo opony całoroczne mają sens
- Tak – dla aut miejskich, kompaktowych i SUV-ów o mocy do ok. 180 KM, które nie jeżdżą w góry i rzadko przekraczają 150 km/h.
- Nie – dla samochodów sportowych, mocnych limuzyn, kierowców lubiących dynamiczną jazdę i osób często podróżujących zimą po górach.
W skrócie: opony całoroczne to rozwiązanie dla kierowcy z głową, nie z ciężką nogą. Dla tych, którzy cenią spokój i wygodę bardziej niż ostatnie dziesiąte sekundy na zakręcie.

Komentarze (0)