MSZ i WHO ostrzegają przed ebolą w Ugandzie, a NIK wysyła tam swoich ekspertów. Misja nie została odwołana, bo bilety lotnicze były już kupione.
Brzmi jak scenariusz czarnej komedii, ale to rzeczywistość. Najwyższa Izba Kontroli wysłała swoich ekspertów do Ugandy – kraju, przed podróżą do którego oficjalnie ostrzegają zarówno polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jak i Światowa Organizacja Zdrowia. Powód, dla którego misja nie została odwołana? Według nieoficjalnych informacji 'Rzeczpospolitej’ – nie można już było zwrócić biletów.
Uganda zmaga się z kolejnym ogniskiem wirusa ebola – jednej z najbardziej śmiertelnych chorób zakaźnych na świecie. WHO od miesięcy monitoruje sytuację w regionie i wydaje rekomendacje, które w jasny sposób odradzają podróże w tamte rejony. MSZ ze swojej strony aktualizuje komunikaty dla polskich obywateli, wyraźnie wskazując Uganda jako kraj wysokiego ryzyka sanitarnego. W takich okolicznościach decyzja NIK budzi – delikatnie mówiąc – konsternację.
Jak donosi 'Rzeczpospolita’, misja była planowana jeszcze w ubiegłym roku, a bilety lotnicze zakupiono odpowiednio wcześniej. Problem pojawił się wtedy, gdy sytuacja epidemiologiczna w Ugandzie zaczęła się pogarszać – a instytucja miała stanąć przed wyborem: odwołać wyjazd i stracić pieniądze na biletach, czy wysłać ludzi mimo zagrożenia. Wybrano to drugie. Nieoficjalnie właśnie kwestia finansowa – niemożność zwrotu biletów – miała być głównym argumentem za utrzymaniem misji.
Oszczędność czy lekkomyślność?
To, co na pierwszy rzut oka może wyglądać jak rozsądne podejście do wydatkowania publicznych pieniędzy, w tym kontekście nabiera zupełnie innego charakteru. Ebola to nie przeziębienie – współczynnik śmiertelności w poprzednich epidemiach tej choroby sięgał nawet kilkudziesięciu procent zakażonych. WHO klasyfikuje wirusa jako patogen najwyższej kategorii zagrożenia. Decyzja o wysłaniu pracowników w rejon aktywnego ogniska choroby – żeby nie tracić pieniędzy na biletach – to coś, co trudno obronić nawet z czysto pragmatycznego punktu widzenia.
NIK, będący instytucją, której zadaniem jest kontrolowanie wydatkowania środków publicznych przez inne podmioty, sam znalazł się w sytuacji, w której jego własne decyzje organizacyjne stają się tematem do dyskusji. Ironia jest tu wyjątkowo wyraźna – organ powołany do dbania o racjonalne zarządzanie finansami publicznymi tłumaczy potencjalnie ryzykowną decyzję kadrową… kwestią finansową.
Sprawa wywołała reakcje w mediach i środowiskach eksperckich zajmujących się zarządzaniem kryzysowym. Pojawia się pytanie o procedury wewnętrzne NIK – czy instytucja dysponuje protokołami dotyczącymi odwoływania misji zagranicznych w sytuacji nagłego pogorszenia się warunków bezpieczeństwa lub zdrowotnych w kraju docelowym? I czy koszty biletów powinny w takich procedurach odgrywać jakąkolwiek rolę?
Co z pracownikami wysłanymi w teren?
Na razie nie ma publicznych informacji o tym, by którymkolwiek z wysłanych ekspertów cokolwiek się stało – i oby tak pozostało. Natomiast sama historia otwiera szerszą dyskusję o tym, jak polskie instytucje publiczne planują i zarządzają misjami zagranicznymi w czasach, gdy globalna sytuacja epidemiologiczna potrafi zmienić się bardzo szybko. Pandemia COVID-19 pokazała, że żaden region świata nie jest odizolowany od takich zagrożeń – a decyzje logistyczne muszą być elastyczne.
Warto też zauważyć, że bilety lotnicze – nawet jeśli nierefundowalne – to koszt nieporównywalnie mniejszy niż potencjalne konsekwencje zdrowotne dla pracowników, koszty ich ewentualnej kwarantanny, leczenia czy repatriacji. Nie mówiąc już o wizerunkowych konsekwencjach dla instytucji, która miała pecha trafić na pierwsze strony gazet z tak absurdalnym uzasadnieniem swojej decyzji. Czasem taniej jest po prostu stracić na bilecie.

Komentarze (0)