Polska przeznacza na świadczenia społeczne ponad 100 miliardów złotych rocznie. Jednak najnowszy raport CenEA pokazuje, że ogromna część tych pieniędzy wcale nie trafia do osób najbardziej potrzebujących. Wprost przeciwnie - system coraz częściej wspiera również tych, którzy bez państwowej pomocy świetnie sobie radzą. A najubożsi? Otrzymują najmniejszą część "socjalu".
Od 500+ do 800+. System oparty na powszechności, a nie potrzebach
Po wprowadzeniu 500+ w 2016 r., a później jego rozszerzeniu na wszystkie dzieci, polska polityka socjalna kompletnie się zmieniła. Zaczęły dominować świadczenia uniwersalne – wypłacane każdemu, bez sprawdzania dochodów. Do listy takich transferów dołączyły m.in. 13. i 14. emerytura, a także od lat istniejący dodatek pielęgnacyjny dla osób 75+, przysługujący niezależnie od stanu zdrowia.
Raport CenEA wylicza, że tylko w tym roku na te cztery programy trafi łącznie ponad 102 mld zł. Największą część pochłonie 800+ – 64 mld zł.
Zaskakujące proporcje. Najbiedniejsi dostają najmniej
Mimo gigantycznych kwot, wsparcie trafia w ograniczonym stopniu do tych, którzy naprawdę żyją w niedostatku. Najbiedniejsze 20 proc. Polaków otrzyma z tej puli jedynie 23 mld zł. Tymczasem najzamożniejsze 20 proc. zgarnie ponad 17 mld zł – mimo że to grupa, która z definicji nie wymaga systemowej pomocy.
Ekonomiści od lat alarmują, że uniwersalne świadczenia są kosztowne i rozmywają cel polityki społecznej. Jak podkreśla prof. Michał Brzeziński z UW, od 2016 r. duża część transferów trafia po prostu do klasy średniej i osób dobrze sytuowanych.
Polityka zamiast logiki
Raport przypomina, że upowszechnienie świadczeń nie było przypadkiem – stało się narzędziem politycznym. Programy powszechne budowały poparcie, a ich podnoszenie przedstawiano jako obronę interesów obywateli. Z kolei partie, które sugerowały reformy, były straszone zarzutami o „zabieranie socjalu”.
Obecny rząd zaczyna co prawda wprowadzać świadczenia z progami dochodowymi, jak w przypadku renty wdowiej, ale to nadal kropla w morzu potrzeb.
System ślepy na realne ubóstwo
Jednocześnie tam, gdzie kryteria dochodowe istnieją, są często ustawione zbyt wysoko – przez co osoby naprawdę potrzebujące wypadają z systemu. Magdalena Łukasik ze Stowarzyszenia WIOSNA zwraca uwagę, że powstała w Polsce „szara strefa ubóstwa”.
Według danych GUS, skrajne ubóstwo dotyka 5,2 proc. społeczeństwa – prawie dwa razy więcej niż wynikałoby z oficjalnych danych pomocy społecznej. Oznacza to, że blisko milion skrajnie ubogich osób nie kwalifikuje się na zasiłki, bo ich dochody nieznacznie przekraczają archaiczne progi, które nie rosną wraz z kosztami życia.
Najwyższy zasiłek stały to dziś niewiele ponad 1200 zł – kwota zupełnie oderwana od realnych wydatków na utrzymanie.
Stereotypy zamiast solidarności
Łukasik podkreśla, że problemem nie są tylko przepisy. Ogromne znaczenie ma mentalność. Aż 34 proc. Polaków uważa, że bieda wynika z lenistwa i życia „na zasiłkach”. Tymczasem w praktyce ponad 80 proc. osób otrzymujących pomoc społeczną trafia do systemu z powodu choroby lub niepełnosprawności.
Brakuje więc zarówno sprawnego systemu, jak i społecznego zrozumienia, że ubóstwo najczęściej wynika z sytuacji życiowej, a nie wyboru.

Komentarze (0)