Zbigniew Kapiński, nowy pierwszy prezes Sądu Najwyższego, ujawnia kulisy sędziowskich podziałów i zdradza, jak przyjęto jego powołanie w SN.
Zbigniew Kapiński, niedawno powołany pierwszy prezes Sądu Najwyższego, zabrał głos w sprawie, o której wszyscy wiedzą, ale mało kto mówi wprost – głębokiego podziału w środowisku sędziowskim. W rozmowie z 'Dziennikiem Gazetą Prawną’ podał zaskakująco konkretną liczbę: sędziów 'walczących’ z porządkiem prawnym jest może około 100 na blisko 9 tysięcy etatów sędziowskich w Polsce.
To zdanie robi wrażenie, bo Kapiński nie ucieka od tematu, który jego poprzednicy omijali szerokim łukiem. Większość środowiska – jak wynika z jego słów – po prostu chce spokojnie orzekać i nie angażować się w spory polityczno-prawne, które zdominowały narrację o polskim sądownictwie przez ostatnie lata. Problem w tym, że ta głośna mniejszość potrafiła skutecznie przykuwać uwagę mediów i polityków, rzucając cień na całą grupę zawodową.
Kapiński nie ukrywa, że jego nominacja nie wywołała entuzjazmu u wszystkich. W Sądzie Najwyższym zderzają się dziś dwa światy – sędziowie powołani przed reformami z czasów rządów PiS i ci, których kariery ukształtowały się właśnie w tamtym okresie. Każda z tych grup patrzy na instytucję przez zupełnie inne okulary. Nowy prezes przyznał, że jego wybór został przez część środowiska przyjęty z rezerwą – co nikogo specjalnie nie dziwi, biorąc pod uwagę polityczny kontekst ostatnich lat.
Misja: skleić to, co pękło
Sam Kapiński używa słowa 'posklejać’ – i to chyba najlepiej oddaje charakter zadania, które przed sobą widzi. Nie rewolucja, nie czystki, nie kolejna reforma. Raczej żmudna, codzienna praca nad tym, żeby instytucja zaczęła znów funkcjonować jako spójna całość, a nie zbiór wrogich wobec siebie obozów. Brzmi skromnie? Być może. Ale po latach, gdy Sąd Najwyższy był areną ostrych sporów – o ważność wyborów, o status sędziów, o neo-KRS – taka postawa może być dokładnie tym, czego potrzeba.
Warto pamiętać, że Sąd Najwyższy to nie tylko symbol. To instytucja, która rozstrzyga kasacje, nadzoruje orzecznictwo sądów powszechnych i wojskowych, a także odpowiada za ważność wyborów i referendów. Kiedy ona działa w trybie permanentnego kryzysu wewnętrznego, skutki odczuwają zwykli ludzie czekający na rozstrzygnięcie swojej sprawy – nieraz latami.
Skala problemu, o której mówi Kapiński, jest ważna dla właściwego rozumienia sytuacji. Sto osób to mniej niż jeden i pół procent wszystkich sędziów w Polsce. Jeśli ta diagnoza jest trafna, to oznacza, że polskie sądownictwo nie jest zepsute systemowo – jest zakładnikiem konfliktu, który toczy stosunkowo nieduża, ale bardzo głośna grupa. To inna rozmowa niż ta, którą prowadziliśmy przez ostatnie lata.
Czy to wystarczy, żeby odbudować zaufanie?
Polacy od lat są sceptyczni wobec wymiaru sprawiedliwości – kolejne badania opinii publicznej pokazują, że zaufanie do sądów pozostaje na niskim poziomie. Reformy, kontrreformy, spory o praworządność – to wszystko zostawiło ślad nie tylko w instytucjach, ale też w społecznym postrzeganiu całego systemu. Nowy prezes SN staje więc przed wyzwaniem, które wykracza daleko poza zarządzanie konkretną instytucją.
Retoryka 'posklejania’ może być odczytywana na różne sposoby. Część prawników i komentatorów doceni pragmatyzm i odejście od języka walki. Inni zapytają, czy miękkie podejście wystarczy wobec sędziów, którzy przez lata aktywnie kwestionowali orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego lub decyzje swoich kolegów po fachu. Odpowiedź na to pytanie Kapiński będzie musiał dać nie słowami, ale konkretnymi decyzjami w nadchodzących miesiącach.
Jedno jest pewne – nowy pierwszy prezes SN zaczął od czegoś, co w polskim dyskursie publicznym jest rzadkością: od podania konkretnej liczby zamiast ogólnych oskarżeń pod adresem 'całego środowiska’. Czy to wystarczy, żeby zmienić narrację? Czas pokaże. Na razie brzmi jak pierwszy, mały, ale zauważalny krok w stronę odbudowy czegoś, co przez lata konsekwentnie rozkładano.

Komentarze (0)