Pieniądze w sporcie od zawsze budzą emocje, ale okazuje się, że piłkarskie kontrakty mogą blednąć przy zarobkach internetowych gwiazd. Erling Haaland, jeden z najlepszych napastników świata, inkasuje rocznie około 32 miliony dolarów dzięki grze dla Manchesteru City. To ogromna suma, ale w Internecie można zarobić jeszcze więcej.
Dowodem jest Sophie Rain, która w zaledwie rok zgarnęła 43 miliony dolarów dzięki platformie OnlyFans.
Jak to możliwe, że 20-letnia twórczyni internetowa zarabia więcej niż światowej klasy sportowiec? Klucz leży w modelu biznesowym. Haaland, choć świetnie opłacany, ma dochody uzależnione od kontraktu, premii i reklam. Sophie Rain natomiast zarabia na subskrypcjach i bezpośrednim kontakcie z fanami, którzy gotowi są płacić za ekskluzywne treści. Jej sukces to efekt umiejętnego i skutecznego wykorzystania mediów społecznościowych.
rate my boobas 1-10?🥺 pic.twitter.com/Q0Swn7zywV
— Sophie Rain (@sophieraiin) March 30, 2025
Nie oszukujmy się – Sophie Rain nie zarabia tych pieniędzy dzięki talentowi, umiejętnościom czy ciężkiej pracy. Jej „biznes” polega na sprzedawaniu własnego ciała w internecie. Subskrybenci płacą za dostęp do zdjęć i nagrań, które kiedyś były domeną szemranych klubów i ukrytych stron w sieci. Teraz ten proceder przeniósł się do mainstreamu i jest promowany jako „łatwy sposób na bogactwo”.
Takie porównania jak to pokazują brutalną prawdę o współczesnym świecie – można stać się milionerem, nie wkładając w to żadnych wartości. Haaland każdego dnia trenuje, ryzykuje kontuzje, przechodzi przez piekło profesjonalnego sportu, a mimo to zarabia mniej niż dziewczyna, której jedyną „pracą” jest pokazywanie swojego ciała w sieci. Co więcej, ten proceder normalizuje się do tego stopnia, że młode dziewczyny zaczynają traktować sprzedaż siebie jako opcję na życie, zamiast rozwijać umiejętności i budować wartościową przyszłość.
Czy to oznacza, że przyszłość należy do influencerów, a nie sportowców? Niekoniecznie.

Komentarze (0)