Przemysłowe fałszerstwo naukowe: jak działa system, który niszczy wiarygodność badań
20.06.2026

Przemysłowe fałszerstwo naukowe: jak działa system, który niszczy wiarygodność badań

Redakcja
Redakcja
Ciekawostki
Udostępnij:
facebook twitter
Skomentuj

Fałszerstwa naukowe przestały być domeną pojedynczych nieuczciwych badaczy – dziś to przemysł z własnym łańcuchem dostaw, klientami i cennikiem. Jak działa ten system, dlaczego go stworzyliśmy sami i czy artykuł, który nie jest wycofany, można uznać za wiarygodny? Odpowiedź na ostatnie pytanie jest niepokojąca.

Naukowiec kupuje autorstwo gotowego artykułu, który nigdy nie powstał w laboratorium. Redaktor czasopisma przepuszcza fałszywe badanie w zamian za korzyść finansową. Model AI generuje przekonujące obrazy mikroskopowe z niczego. To nie spekulacja – to opisany przez dziennikarzy i badaczy mechanizm działania zorganizowanego oszustwa naukowego, które rośnie szybciej niż cała reszta literatury naukowej. I które – wbrew pozorom – nie dzieje się wyłącznie gdzieś daleko.

Najważniejsze:

  • Liczba fałszywych publikacji naukowych rośnie znacznie szybciej niż całość literatury naukowej – to zjawisko o charakterze przemysłowym, nie jednostkowym.
  • Działają zorganizowane sieci – tzw. paper mills – które za opłatą produkują gotowe artykuły i sprzedają autorstwo naukowcom.
  • Sztuczna inteligencja dramatycznie ułatwia tworzenie fałszywych danych, obrazów i tekstów naukowych, a eksperci ostrzegają, że fałszerstwa stają się coraz trudniejsze do wykrycia.
  • Tradycyjne mechanizmy kontrolne – peer review i weryfikacja wydawców – nie nadążają za lawiną publikacji, częściowo też dlatego, że wydawcy sami finansowo korzystają na wzroście liczby publikacji.
  • Społeczność tzw. science sleuths weryfikuje artykuły społecznie i bez wynagrodzenia, narażając się przy tym na groźby i ataki prawne.

Przemysłowe fałszerstwo, nie jednostkowy błąd

Jeszcze do niedawna naukowy skandal kojarzył się z pojedynczym naukowcem, który podrasował wyniki eksperymentu. Dziś obraz jest zupełnie inny. Jak podaje tagesschau.de, analiza wielkich baz danych publikacyjnych ujawniła coś alarmującego: w coraz częściej wycofywanych artykułach pojawiały się te same sfałszowane wykresy i ilustracje. Trop prowadził do dobrze zorganizowanych sieci przestępczych działających ponad granicami państw.

Bernhard Sabel z Uniwersytetu w Magdeburgu, który od lat bada zorganizowane oszustwa naukowe, opisuje mechanizm: siatki działają w sposób wysoce zautomatyzowany, a sztuczna inteligencja pozwala produkować fałszywe publikacje szybko i tanio, by następnie drogo je sprzedać. Sabel zebrał swoje ustalenia w książce zatytułowanej „Fake Mafia in der Wissenschaft”.

Warto zapytać: czy to zjawisko nowe, czy po prostu dziś lepiej widoczne? Historia nauki zna skandale fałszerskie od stuleci. Kluczowa różnica między dawnym a obecnym fałszerstwem jest jednak fundamentalna i warta podkreślenia: dawne przypadki były dziełem jednostek, które działały wbrew systemowi – system zaś, choć powoli, zazwyczaj potrafił się samonaprawić przez środowiskową kontrolę i reputacyjną presję. Dziś fałszerstwo jest produktem systemu: struktury oceniania i finansowania nauki same generują bodźce do oszustwa na skalę przemysłową. To nie jest błąd w oprogramowaniu – to błąd w architekturze.

Jak działa fabryka fałszywych badań?

Cały łańcuch produkcji fałszywej nauki jest precyzyjnie rozplanowany. Według tagesschau.de pośrednicy najpierw nawiązują kontakt z naukowcami lub całymi grupami badawczymi, którzy za pieniądze chcą figurować jako autorzy publikacji. Następnie zlecają napisanie fałszywego artykułu wyspecjalizowanym organizacjom zwanym paper mills – piszą go ludzie lub modele AI. Na końcu korumpują redaktorów czasopism, by artykuł trafił do druku.

Gdzie ląduje gotowy fałszywy artykuł? Zależy od budżetu zamawiającego. Najtaniej jest opublikować go w tzw. fake journals – pseudoczasopismach zakładanych wyłącznie w tym celu, choć te stosunkowo szybko wychodzą na jaw. Drugi wariant to przejęcie domeny dawno zamkniętego, niegdyś renomowanego pisma naukowego i publikowanie pod jego historyczną marką. Najdroższa i najbardziej niebezpieczna opcja polega na przekupieniu recenzentów, by sfałszowany artykuł trafił do prawdziwego, szanowanego czasopisma.

Dlaczego naukowcy to kupują? System popycha do oszustwa

Odpowiedź jest prosta i przykra zarazem: system ich do tego popycha. Jak wyjaśnia detektor.fm, kariera akademicka, granty i reputacja zależą od liczby publikacji oraz wskaźników takich jak impact factor czy h-index. Kto nie publikuje, nie istnieje w świecie nauki.

Warto jednak postawić pytanie, którego źródła wprost nie rozstrzygają: czy to problem geograficzny, czy systemowy? Dane wskazują, że duża część fałszerstw pochodzi z krajów o gwałtownie rozwijających się systemach akademickich i wysokiej presji konkurencyjnej. Ale czy to oznacza, że tamtejsi naukowcy są mniej etyczni – czy raczej że presja parametryczna jest tam silniejsza, a mechanizmy ochrony sygnalistów słabsze? Drugie wyjaśnienie wydaje się bliższe prawdy. W środowiskach, gdzie awans, grant i etat zależą wyłącznie od liczby punktów za publikacje, a nie od jakości badań, pokusa sięgnięcia po skrót jest strukturalnie wbudowana w system – niezależnie od szerokości geograficznej.

Tradycyjne mechanizmy kontrolne – recenzje eksperckie i weryfikacja przez wydawców – nie nadążają za lawiną nowych publikacji. Wydawcy mają zresztą własny interes finansowy we wzroście liczby publikacji, co nie ułatwia starannej weryfikacji. Jak podkreśla detektor.fm, ten układ interesów sprawia, że liczne problematyczne prace trafiają do obiegu naukowego bez żadnego sprzeciwu.

Gdzie ryzyko jest największe? Biomedycyna w centrum problemu

Według ustaleń Sabela największa koncentracja fałszerstw występuje w biomedycynie – co nie dziwi, bo ta dziedzina odpowiada za bardzo dużą część wszystkich publikacji naukowych. To właśnie tam ryzyko jest najpoważniejsze: błędne dane mogą wpływać na leczenie pacjentów, wdrażanie terapii czy opracowywanie leków. Jak zauważa detektor.fm, przyszłe badania budują na już opublikowanych wynikach – jeśli fałszywe dane wnikają do literatury, mogą zainfekować kolejne pokolenia badań, decyzji medycznych i regulacji.

Skutki nie ograniczają się do medycyny. Sabel ostrzega, że fałszywe dane mogą prowadzić do błędnych decyzji przemysłowych – na przykład użycia niewłaściwych materiałów w produkcji na podstawie spreparowanych wyników badań. Fałszywa nauka ma też potencjał wpływania na decyzje polityczne i standardy regulacyjne na poziomie krajowym i międzynarodowym.

Geograficznie, jak podaje tagesschau.de, zdecydowanie najwięcej sfałszowanych publikacji pochodzi z Chin, a tuż za nimi plasują się Indie. To ważny kontekst, ale nie powód do samozadowolenia – presja publikacyjna jest zjawiskiem globalnym, a dokładna skala problemu w innych regionach może być niedoszacowana właśnie dlatego, że tamtejsze systemy wykrywania są mniej rozwinięte.

Dlaczego AI zmienia wszystko na gorsze

Jeszcze kilka lat temu sfałszowanie przekonującego zestawu danych laboratoryjnych czy obrazów mikroskopowych wymagało sporej wiedzy i czasu. Dziś modele sztucznej inteligencji potrafią generować realistyczne ilustracje naukowe, zbiory danych i całe teksty artykułów – na tyle wiarygodnie, że wykrycie manipulacji staje się ekstremalnie trudne.

Czytaj takze: Przypadkowe odkrycie w laboratorium zmieniło to, co wiemy o grypie

Jak zauważa detektor.fm, eksperci są zgodni: nauka musi nie tylko lepiej wykrywać fałszerstwa, ale nauczyć się aktywnie dowodzić autentyczności wyników. Problem ma jeszcze jeden wymiar, który źródła sygnalizują, ale który warto rozwinąć: modele AI są trenowane na istniejącej literaturze naukowej. Jeśli ta literatura zostanie w znacznym stopniu skażona fałszywymi danymi, kolejne generacje modeli będą te błędy absorbować i powielać – tworząc spiralę, w której fałszywa wiedza staje się częścią infrastruktury poznawczej nauki. To scenariusz, którego skali nikt dziś nie jest w stanie precyzyjnie oszacować.

Florian Sturm, dziennikarz Spektrum der Wissenschaft, który za wielomiesięczne śledztwo w tej sprawie otrzymał w 2026 roku nagrodę dziennikarską Evidenzbasierte Medizin in den Medien i nominację do Nagrody Theodora Wolffa, skomentował skalę problemu w sposób, który dobrze oddaje bezradność nawet świadomych obserwatorów: osoba, która naprawdę włoży wysiłek w fałszowanie obrazów lub danych, według niego nigdy nie zostanie przyłapana.

Kto walczy z fałszywą nauką i jakim kosztem?

Na przekór pesymistycznym prognozom wokół problemu zorganizowała się międzynarodowa społeczność tzw. science sleuths – detektywów naukowych. Weryfikują oni wstecznie opublikowane artykuły, szukając manipulacji graficznych i błędów w danych. Ich wykrycia regularnie ujawniają poważne nadużycia.

Praca ta jest jednak wykonywana głównie społecznie, bez wynagrodzenia. Co więcej, wiąże się z realnym ryzykiem: wielu detektywów naukowych staje się celem gróźb, kampanii oszczerstw i ataków prawnych ze strony osób, których fałszerstwa wychodzą na jaw. To modelowy przykład sytuacji, w której osoby działające w interesie publicznym ponoszą koszty prywatne – bez systemowego wsparcia ani ochrony prawnej. Paradoks jest uderzający: system, który nie chroni rzetelnych badaczy przed presją publikacyjną, nie chroni też tych, którzy tę presję demaskują.

Czy nauka potrzebuje swojego TÜV-u? Pomysł dobry, przeszkody realne

Zarówno badacze opisani przez tagesschau.de, jak i Sabel z Magdeburga zgodnie wskazują, że nauka musi zreformować własne mechanizmy kontroli. Sabel proponuje konkretne rozwiązanie: powołanie niezależnej, ponadnarodowej instancji nadzorczej – czegoś w rodzaju TÜV-u dla światowej nauki – która nadzorowałaby przestrzeganie zasad rzetelności i przeprowadzała audyty czasopism naukowych.

Pomysł brzmi logicznie, ale rodzi natychmiast pytania, których źródła nie rozstrzygają: kto miałby finansować taką instytucję? Czy państwa narodowe zgodziłyby się na zewnętrzny nadzór nad swoimi uczelniami? Czy wydawcy naukowi – często wielkie komercyjne korporacje – zaakceptowaliby audytorów? Brak odpowiedzi na te pytania nie dyskwalifikuje idei, ale pokazuje, że droga od diagnozy do reformy jest długa. Warto też zauważyć, że żadna reforma struktury kontroli nie zadziała, jeśli równocześnie nie zmieni się system oceny naukowców – dopóki liczy się liczba punktów, a nie jakość badań, bodźce do oszustwa pozostaną nienaruszone.

Co to znaczy dla polskiego czytelnika – i czy warto ufać artykułom, które nie są wycofane?

Dla polskiego czytelnika kontekst jest bardzo konkretny: polskie uczelnie i instytuty badawcze funkcjonują w tym samym systemie oceny parametrycznej, który napędza publikacyjną gorączkę. Presja na punkty ministerialne, cytowania i wskaźniki bibliometryczne sprawia, że pokusa skrócenia drogi do publikacji dotyka badaczy w Warszawie czy Krakowie tak samo jak w Szanghaju czy Mumbaju.

Problem fałszywej nauki nie dzieje się gdzieś daleko – dzieje się w tym samym piśmiennictwie, z którego korzystają polscy naukowcy, lekarze i decydenci podejmujący decyzje regulacyjne. Każdy wycofany artykuł, który zdążył wpłynąć na refundację leku, standard budowlany lub wytyczną kliniczną, to nie abstrakcja, lecz konkretny problem publiczny.

I tu pojawia się pytanie, które źródła stawiają pośrednio, ale które warto nazwać wprost: czy sprawdzenie, że artykuł nie figuruje na liście wycofanych, wystarczy, by mu zaufać? Odpowiedź, wynikająca z logiki całego zjawiska, jest niepokojąca – niekoniecznie. Jak wynika z ustaleń dziennikarzy i badaczy, znaczna część fałszerstw nigdy nie zostaje wykryta, a wiele błędnych prac pozostaje w obiegu latami. Lista wycofanych artykułów to sito, przez które przelatuje jedynie to, co udało się zauważyć.

Czytaj takze: „Magnifica humanitas” już opublikowana. To pierwsza encyklika Leon XIV

Najczęściej zadawane pytania

Czy fałszerstwa naukowe to zjawisko nowe?

Pojedyncze przypadki fałszerstw towarzyszą nauce od stuleci. Nowe jest natomiast ich przemysłowe zorganizowanie oraz – co kluczowe – ich systemowe podłoże. Dawne fałszerstwa były zazwyczaj działaniem wbrew normom środowiska; dziś są częściowo produktem struktury bodźców, którą samo środowisko akademickie stworzyło. Nowe technologie, zwłaszcza AI, radykalnie obniżają koszt i podwyższają jakość fałszerstwa, co zmienia grę jakościowo, nie tylko ilościowo.

Czytaj takze: Mąż Gojdzia mówi wprost: prokuratura umorzyła sprawę, a on zapowiada kroki prawne

Skąd mam wiedzieć, że artykuł naukowy, który czytam, jest wiarygodny?

Krótka odpowiedź: nie ma pewności. Sprawdzenie list wycofanych artykułów jest krokiem w dobrym kierunku, ale – jak wynika z logiki opisywanego zjawiska – duża część fałszerstw nigdy nie zostaje ujawniona. Sygnały ostrzegawcze to między innymi: publikacja w nieznanym lub o niejasnej historii czasopiśmie, bardzo długa i zróżnicowana lista autorów z niepowiązanych instytucji, obrazy wyglądające na generowane komputerowo, zbyt „gładkie” dane statystyczne. Dla zwykłego czytelnika najrozsądniejszą strategią jest traktowanie wyników z mało znanych źródeł jako hipotez wymagających potwierdzenia, nie jako ustaleń.

Czym są paper mills i dlaczego działają legalnie?

Paper mills to wyspecjalizowane organizacje, które na zlecenie produkują sfałszowane artykuły naukowe i sprzedają w nich autorstwo naukowcom pragnącym zwiększyć dorobek publikacyjny. Działają jak firmy usługowe: przyjmują zlecenie, piszą tekst – coraz częściej z pomocą AI – a następnie załatwiają jego publikację, niekiedy przekupując redaktorów prawdziwych czasopism. Kwestia ich legalności zależy od jurysdykcji i konkretnego działania; samo pośredniczenie bywa trudne do zakwalifikowania prawnie, co utrudnia ściganie.

Czy system oceny naukowców w Polsce się zmieni?

Źródła, na których oparty jest ten artykuł, nie odpowiadają na to pytanie wprost – i ta luka sama w sobie jest wymowna. Reforma systemu parametrycznego oceny dorobku naukowego jest dyskutowana w wielu krajach, ale jak dotąd żaden z nich nie wypracował powszechnie uznanego modelu alternatywnego. Dopóki liczy się liczba punktów za publikacje, a nie jakość i rzetelność badań, strukturalne bodźce do nadużyć pozostaną obecne – niezależnie od tego, ile konkretnych fałszerstw uda się wykryć.

Co to są science sleuths i dlaczego ich praca jest trudna?

Science sleuths to międzynarodowa społeczność ekspertów, którzy dobrowolnie i bez wynagrodzenia weryfikują opublikowane artykuły naukowe pod kątem manipulacji graficznych i fałszowania danych. Ich praca jest trudna z kilku powodów: liczba publikacji jest ogromna i rośnie; narzędzia fałszerzy stają się coraz doskonalsze; a osoby demaskujące nadużycia regularnie stają się celem gróźb, kampanii oszczerstw i ataków prawnych – bez systemowej ochrony ze strony instytucji, które powinny być pierwszymi zainteresowanymi czystością literatury naukowej.


Komentarze (0)