Armia chwaliła się zakupem 10 tys. zimowych kurtek dla żołnierzy. Do dziś leżą w magazynach. To nie jedyny taki przypadek – 200 tys. kompletów bielizny gnije w składach od sześciu lat.
Jesienią ubiegłego roku wojsko z dumą ogłosiło zakup 10 tysięcy zimowych kurtek dla żołnierzy strzegących granicy. Brzmiało dobrze. Problem w tym, że ubrania trafiły do magazynów – i tam zostały. Żołnierze nadal marzną, a pieniądze podatników leżą zapakowane w kartonach.
Historia z kurtkami to tylko wierzchołek góry lodowej. W wojskowych składach od sześciu lat zalega bowiem około 200 tysięcy kompletów bielizny, która – zamiast trafiać na plecy żołnierzy – uczestniczy w niekończących się procesach sądowych i procedurach reklamacyjnych. Sprzęt się starzeje, terminy przydatności mijają, a prawnicy piszą pisma. Klasyk.
Skąd ten pat? Wszystko rozbija się o formalności, które w polskiej armii potrafią trwać latami. Zamówiony towar nie spełnia wymogów, albo spełnia, ale ktoś zgłasza reklamację, która blokuje dystrybucję. Procedury są ważniejsze niż żołnierz stojący na mrozie przy granicy z Białorusią. To nie jest opinia – to wniosek, który sam się narzuca po lekturze tej historii.
Magazyn zamiast plecaka
Mechanizm jest prosty i zarazem absurdalny. Armia kupuje sprzęt – często za niemałe pieniądze z budżetu obronnego – po czym ten sprzęt trafia do składów, gdzie czeka na rozstrzygnięcie sporów między dostawcą a zamawiającym. Tymczasem w terenie brakuje podstawowego wyposażenia. Żołnierze na granicy, gdzie warunki zimą bywają naprawdę ciężkie, radzą sobie jak mogą.
Kurtki, o których mówimy, miały trafić w pierwszej kolejności właśnie do jednostek granicznych. Priorytet był jasno określony. Dystrybucja jednak stanęła w miejscu – i nikt publicznie nie wziął za to odpowiedzialności. W wojsku panuje zasada, że rozkazy się wykonuje. Tutaj najwyraźniej rozkaz „wydać kurtki żołnierzom” gdzieś utknął w systemie.
Problem z bielizną jest jeszcze bardziej wymowny. Sześć lat to nie jest pomyłka – to okres, przez który 200 tysięcy kompletów czeka w magazynach. Przez sześć lat zmieniały się rządy, ministrowie obrony, szefowie sztabu. Nikt nie rozwiązał problemu. Każda kolejna ekipa dziedziczyła spór i odkładała go na później.
Co na to podatnik?
Warto sobie uświadomić skalę finansową tego zamieszania. Mowa o dziesiątkach tysięcy sztuk odzieży wojskowej – kurtek termicznych, bielizny termoaktywnej, czyli asortymentu, który w przypadku zamówień rządowych kosztuje znacznie więcej niż jego cywilny odpowiednik. Każdy dzień przechowywania tego towaru to dodatkowe koszty – logistyczne, magazynowe, administracyjne. A na końcu i tak może się okazać, że część asortymentu trafi do utylizacji, bo przekroczy normy użytkowe.
Pieniądze na obronność Polska wydaje coraz więcej – kraj przeznacza na ten cel jeden z najwyższych odsetków PKB w całym NATO. To powód do dumy i argument w rozmowach z sojusznikami. Ale ta statystyka traci na blask, gdy okazuje się, że część tych środków leży zapakowana w magazynach i nie służy nikomu.
Optymistyczna interpretacja tej historii mogłaby brzmieć: to jednostkowy przypadek, biurokratyczna wpadka, która zostanie naprawiona. Trudno jednak w nią uwierzyć, skoro identyczny scenariusz powtarza się z różnym sprzętem od lat. Bielizna, kurtki – co następne? System, który nie potrafi wydać żołnierzowi kurtki, ma poważny problem strukturalny. I żadna konferencja prasowa z dumnym ogłoszeniem kolejnych zakupów tego nie zmieni.

Komentarze (0)